Blogowigilia 2015 - relacja z wydarzenia.

Blogowigilia – mieszkać w Warszawie i nie spróbować dostać się na nią byłoby grzechem. Wysłałam zgłoszenie i dostałam zaproszenie. Byłam szczęśliwa, ale im bliżej było do godziny zero, entuzjazm gdzieś mi uleciał. Przygotowania świąteczne, problemy, stłamsiły radosne oczekiwanie.

W dniu spotkania walczyłam z humorami Bulby, bałaganem w oczach, długością kolejki do okienka pocztowego i długością kolejki do przymierzalni w H&M, bo odkryłam, że nie mam wypranych jedynych spodni wyjściowych. Zawiało grozą. Bo jak w godzinę kupić spodnie, które wbiją się na me ciało? Na ciało, które trzy lata po porodzie nie doszło do siebie po tym wyczynie? I stał się cud! Grzebiąc w meandrach wieszaków znalazłam parę szytą na Liliputa z elegancko-sportowym sznytem. Wróciłam do domu z obłędem w oczach. Była godzina szesnasta i istniało duże ryzyko, że nie zdążę się wylaszczyć na wyjście. Połowę rzeczy sobie darowałam, peelingi, maseczki, balsamy.. Skupiłam się na wysuszeniu włosów, podkreśleniu oka i pomalowaniu paznokci. A wiadomo, gdzie lakier tam i Bulba. Więc zamiast sobie, malowałam jej paznokcie. Kiedy maznęłam, w asyście dziecka i dziecięcej, nieposkromionej ciekawości, własne pazurki, stwierdziłam, że lepiej wyjdę na tym, jak kolor potraktuję jednak zmywaczem.

Wystroiłam się w rodowe klejnoty, które oczywiście chciała zawłaszczyć Bulba, ale zadowoliła się sznurem pereł, który obecnie finezyjnie zdobi naszą choinkę. Przy kapeluszu poległam, wsadziła go sobie na głowę, uciekła, a ja skapitulowałam i wzięłam czapkę. Wytargałam z kartonu buty na obcasie i wbicie się w nie było mniej kłopotliwe (to prawda, nie mit – po porodzie stopy są większe), niż wbicie się w płaszcz. Wychodziłam z domu na pełnym wdechu, bacząc na guziki, w eskorcie machającej Bulby ręki i powłóczystego spojrzenia Przyszłego.

Jak zwinny elf, wbiegłam do autobusu i odkryłam, że nie załadowałam telefonu. A wiecie, że bloger zawsze musi mieć naładowany telefon? Kupując bilet, karta odmówiła współpracy i przypomniała, że zapłaciłam sporą sumkę za wywołanie zdjęć. Adrenalina przez dwa przystanki, by wysiąść w miejscu, gdzie biletomat przyjmuje gotówkę jest bezcennym przeżyciem. Każdemu polecam. Jak już bilet kupiłam, to utknęłam w korku, spowodowanym przez gawiedź odjeżdżającą z włości centrum handlowego. Ale żadne nieprzychylności losu nie powstrzymały mnie, by dotrzeć pod Rotundę, gdzie umówiłam się z Magdą. Razem dotarłyśmy pod Club Capitol i stanęłyśmy w kolejce jak z PRL – u. To była trzecia kolejka jaką zaliczyłam tego dnia. Tym razem dla odmiany na świeżym powietrzu, w przeciągu, ale dzięki Bogu nie było ulewy ani zawieruchy śnieżnej, ani nawet tornada. Po 45 minutach udało nam się wejść do środka, w towarzystwie Ani, którą miałam przyjemność poznać na szkoleniu blogerów w Mordorze. I doszłam do wniosku, że mogłam wykąpać dziecko, uśpić je, pocałować na dobranoc i że zdążyłabym ogolić nie tylko pachy, ale i nogi.

Jak weszłam do środka, zaczęło się balowanie Bamboszy:

  • szłam po czerwonym dywanie;
  • zaliczyłam ściankę -moją pierwszą. Jestem zaręczona, więc tylko ścianki mi już pozostały;
  • siedziałam Mikołajowi na kolanach;
  • miałam sesję w foto-budce;
  • wypiłam trzy drinki, piwo i nie zaliczyłam gleby;
  • obsypałam się brokatem ozdabiając gwiazdę betlejemską;
  • Coca-Cola połechtała moje ego spersonalizowaną puszką;
  • Tesco zadbało o moje podniebienie;
  • Rimmel podarował przyjemny upominek;
  • Antyradio Cover Band porwało mnie do tańca i poczułam się jak w podstawówce, w ósmej klasie.

Organizatorzy i sponsorzy zapewnili dobrą zabawę, miłą atmosferę, pyszne jedzenia i ciekawe atrakcje. I chylę czoła, bo ja ledwo oswajam umysłem urodziny Bulby, które zbliżają się wielkimi krokami i przybycie członków rodziny, w liczbie dwunastu osobników.

Jedyne do czego bym się przyczepiła, inaczej nie byłabym sobą, to:

  • nie pomyślenie, by udział w wydarzeniu mogły wziąć osoby niepełnosprawne, problem opisała u siebie Zaniczka ;
  • piękne wnętrze, ale zbyt małe na taką ilość osób;
  • ciasna i gęsta atmosfera w kąciku DIY;
  • mała ilość miejsc siedzących.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku organizatorzy wezmą pod uwagę te niedogodności.

Można też było przekazać Rzeczy od serca. Niestety dałam ciała, wszystko przez wizję wystąpienia mej skromnej osoby przed kamerą. Z kolei może uda mi się coś wylicytować. Zachęcam was do udziału w przedsięwzięciu i wsparciu akcji. Cały dochód wystawionych na aukcjach Allegro rzeczy, zostanie przekazany na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W tym roku darowałam sobie, przez nabytą nieśmiałość i po kompromitującym słowotoku na warsztatach Blog Roku, kiedy to ściskałam w zachwycie rękę Michała Szafrańskiego. Muszę najpierw nabyć nieco ogłady.

Blogowigilia była moim ostatnim blogowym spotkaniem w tym roku. I ona niejako podsumowała i zrewidowała moje bywanie w wielkim świecie blogosfery. Zweryfikowała moje potrzeby i priorytety, ustawiła do pionu. Ukoiła me zszargane nerwy. Zwieńczyła obserwacje, dała zaskakujące przemyślenia, możliwość wyrobienie własnej opinii. Dziękuję.

Ale Blogowigilia się na tym nie zakończyła. Wracałam nocnym autobusem do domu, taszcząc pod elegancką pachą książki, w nieeleganckiej reklamówce, idąc ledwo nie pod ich ciężarem, ale od tych obcasów, co sobie na własne życzenie założyłam. Myśląc, że zaraz ducha wyzionę i zdejmę te cholerstwo, podążając do domu w skarpetach. Jako matka skończyłam marnie –  odwykłam.

Blogowigilia 2015 - na ściance gwiazdy blogosfery: Bambosza, Zapiski Mamy i Corporedhead.

Zdjęcie – Instagram Zapiski Mamy

Na wieczna pamiątkę - zdjęcia z foto-budki. Blogowigilia 2015. Najznakomitsze blogerki: Bambosza, Zapiski Mamy, Corporedhead, Mama w biegu, Okiem mamy.

Blogowigilia 2015

 

#Blogowigilia #RzeczyodSerca #smacznastronaTesco #PodarujRadosc #gwiazdabetlejemska