ciuchciuchem

Pamiętacie, że nie dawno byłam nad morzem? Niestety nie byłam tam sama.

Wyruszyłam nad morze z Przyszłym i Bulbą. Wyruszyliśmy w podróż pociągiem i to była nasza pierwsza, tak daleka trasa, w którą się wybraliśmy wspólnie.

Dlaczego tak późno? To pytanie należy zadać Przyszłemu, czemu ma ogromne obawy przed wojażami z dzieckiem. Oczywiście, wyjątkiem od wyznawanej zasady są podróże na wieś. Tu oporu nie stawia.

Nie rozumiem jego awersji i myślałam, że już nigdy nigdzie nie wyruszymy. Aż tu „niespodziewanie” trzeba było pojechać na uroczystość rodzinną, nad morze. Rad nie rad, Przyszły musiał się pogodzić z myślą, że jego misterny plan o nie odbywaniu podróży dalekobieżnych, co najmniej do pełnoletności latorośli, legł w gruzach. Przetrawił nowinę i emocjonalnie zaczął się przygotowywać do drogi. Ja takich oporów nie mam. Lubię podróże. Te małe i duże.

Zapakowałam jedną walizkę, torbę z jedzeniem i plecak z akcesoriami małej oraz wyprałam na tę okoliczność wózek, chociaż Przyszły jęczał, że co tak dużo rzeczy wleczemy ze sobą. Do tej pory nie rozumiem dlaczego.

Wybór środka lokomocji był łatwy. Mając na uwadze, że nasza potomkini nie usiedzi w miejscu, wybraliśmy pociąg. Tam przynajmniej mogła sobie pochodzić i się ruszać, a autobus taką możliwość wyklucza. I rzeczywiście tak było. Po trzech godzinach jazdy, Bulba się rozkręciła i postanowiła rozprostować nogi przez trzy kolejne.

Zrezygnowaliśmy z podróży autem, ze względów ekonomicznych. Za paliwo w obie strony zapłacilibyśmy 500 zł. A na bilety w jedną stronę do Słupska wydaliśmy 72,90 zł, a w drogę powrotną do stolicy 93,84 zł. Różnica w cenie, wynikła z powodu innej trasy i nadłożonymi kilometrami. Zdecydowaliśmy, że będziemy wracać w nocy, tak by Bulba całą jazdę przespała. Miło się jeździ, jak ma się ulgę.

Mała dobrze zniosła podróż. Była grzeczna w czasie jazdy. Choć pod jej koniec, wlazła na podłokietnik, złapała się półki, dyndała jak małpa, ciągnęła za firanki i tarzała się po podłodze przedziału. Ale tylko my oglądaliśmy to końcowe przedstawienie. Oprócz nas w przedziale nikogo nie było. Natomiast z powrotem, rozłożona na siedzeniach, spała jak suseł.

Podróże kształcą, rozwijają i mają zbawienny wpływ na samopoczucie. Nawdychaliśmy się jodu, narobiliśmy sporo zdjęć, miło spędziliśmy czas z rodziną, a ja nabyłam dwa fajne przepisy od bratowej. Podpatrzyłam też, jak pięknie serwuje podawane potrawy i na pewno tę wiedzę wykorzystam w przyszłości.

Zośka natomiast wyszalała się z cioteczną siostrą. Aż miło było popatrzeć, jak się fajnie ze sobą bawią. Widać po powrocie, że Zośce brakuje do zabawy kompana. Nawet na koniec całowała małego braciszka, chociaż była bardzo o niego zazdrosna i zbytnio jego nie zdążyłam, przez ową zazdrość, wyściskać.

Wojaż spodobała nam się bardzo. A najbardziej Przyszłemu, który obiecał mi, że przyjedziemy tu jeszcze latem. Oznajmił, że skoro Bulba była grzeczna i zniosła dobrze wyprawę, możemy zacząć więcej podróżować. Wreszcie zrozumiał, że dziecko w podróży nie jest kulą u nogi.

Bezsensowne jest myślenie, że zwiedzanie nowych miejsc, czy odwiedzanie rodziny rozsianej po świecie, jest niemożliwe z powodu posiadania potomstwa. Nie można się pozbywać spędzania czasu w innym, ciekawym miejscu, kulturze, klimacie czy zacieśniania rodzinnych więzi, przy ważnych i mniej ważnych uroczystościach. Trzeba bywać. Tak, aby rodzina miała już dosyć naszego pobytu i po wyjeździe, z utęsknieniem oczekiwała kolejnego spotkania. Trzeba bywać, aby poznawać nasz kraj, czy inne państwa. Poznawać inne obyczaje, tradycje, architekturę, atrakcyjne wydarzenia kulturalne. Bywanie w świecie nas uwrażliwia, potęguję ciekawość świata, otwiera na ludzi, rozwija, dodaje energii, relaksuje.

Tak więc moi mili.

Bywajcie.