demony przeszłości

Spokój wczorajszego wieczoru zburzył jeden telefon.  Zamiast błogiego snu, miałam niespokojną i przepłakaną noc. Demony przeszłości dopadają mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Podkreśliły, że się z nimi nie uporałam. Żyłam w błędnym przekonaniu, że nie są w stanie mnie dotknąć do żywego.

Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. W myśl tej tezy, powinnam już dawno temu zostać Robocopem. Mieć mięśnie i nerwy ze stali. Jednym ruchem ręki, doprowadziłabym wszystko do porządku. Jednym ciosem rozkwasiłabym napastnikowi nos. Lecz ta teza mnie nie obowiązuje. Jestem podatna na wszystkie ciosy. Bezbronna.

Nie dostrzegałem jej. Małej dziewczynki z piegami na nosie, w czerwonej sukience, w kwiatuszki. Nasłuchującej odgłosu kroków, uspokajającej rodzeństwo i ocierającej mamie łzy, większym ręcznikiem od siebie. Mały bohater rodzinny, nie zdający sobie sprawy z wzięcia na swe malutkie barki, ogromnego ciężaru odpowiedzialności.

Za jej drobną, pełną hardości sylwetką, spoziera przeogromny smutek. Wie, że jest pozbawiona złudzeń i dziecięcych marzeń, choć nie potrafi jeszcze tego nazwać. Beztroskie dzieciństwo zastępuje powaga dorosłości. Choć ma lat kilka, tak naprawdę ma ich już sto.

Widzę ją i.. nie umiem jej obronić. Ukoić jej bólu, przegonić strach . Zapewnić, że to wszystko miało sens. Nie potrafię jej powiedzieć, że kiedy dorośnie nikt ją nie utuli jak będzie źle. Że będzie sama.

Jak jej powiedzieć, że życiowy bagaż doświadczeń, będzie jeszcze większy i cięższy? Jak powiedzieć, że demony przeszłości wciąż będą ją ścigać?

Brakuje mi odwagi.