dzień za dniem

Jutro są chrzciny Nastki. Zatem przygotowania idą pełną parą. Prezenty są już spakowane. A gołąbki po śląsku, które nie są śląskie, pyrkocą się na słabym ogniu.

Gotuję od rana. I mam już dosyć stania przy kuchence. Boję się, żeby goście nie dostali zatrucia i żeby im smakowało. Gotuję tylko od święta. No właśnie. I mam tremę. Jak cała rodzina będzie się kwalifikowała do płukania żołądka, to nie będę tylko skompromitowana, ale od anegdoty, przy każdej ważnej i mniej ważnej okazji, nie uwolnię się do końca życia.
Nie wiem co ostatnio się ze mną dzieje. Jestem uciążliwa dla otoczenia. I już sama ze sobą nie wytrzymuję. Jestem obcesowa, niemiła, wręcz wredna, harda, a za chwilę płaczliwa, słaba, z rozdygotanymi nerwami. Ta huśtawka emocjonalna doprowadzi mnie wkrótce do obłędu. Nie wiem czy to już nerwica, depresja, czy awersja do wszystkiego mnie się uczepiła. Wiem, że muszę się doprowadzić do porządku, ogarnąć, bo wszystkie minusy stanu rzeczy, negatywnie się na mnie odbijają. Trzeba po prostu porządnie beknąć, by ulżyło.
Jestem na zakręcie, który nie ma końca. Jestem na sinusoidzie, raz mroczne średniowiecze, raz oświecony renesans. Najlepiej niech wszystko pierdyknie i zacznę budować od nowa.
Zalogowałam się na Symaptię, by kogoś sympatycznego poznać.
Moje zdumienie nasila się coraz bardziej. Tyle mądrych, ładnych i z setką innych przymiotników ludzi. I tyle samotnych. I smutno mi z tego powodu. Skoro nikomu nic nie brakuje, to co z nimi wszystkimi, łącznie ze mną, jest nie tak? Nasuwa mi się jedna genialna odpowiedź: nie wiem. Życiowymi ciamajdami wszyscy nie jesteśmy. Przeczy temu rachunek prawdopodobieństwa. Chociaż w tej szerokości i wysokości geograficznej wszystko się może zdarzyć.
Ja na portal wchodzę z nudów. Nie wierzę, że w taki sposób można się zakochać. To jak trafienie w totolotka. Ktoś może być przystojny, pociągający, a mieć inne spojrzenie na świat i piskliwy głos. No i pudło! A tak się ładnie zapowiadało. I tendencja wybierania, przebierania, wybrzydzania jak na bazarze, w sklepie, jak zaglądanie koniowi w uzębienie, lekko człeka odpycha. No, bo jak marketing lichy i autopromocja, to na księcia lub księżniczkę sobie poczekamy dłużej.
To smutne, że doprowadziliśmy do tego, że poszukujemy miłości w wirtualnym świecie, który z prawdziwym życiem wiele wspólnego nie ma. No.. Nie wiem. A szczerze mówiąc, ja nikogo nie poszukuję.
Codzienne sprawy są dla mnie jak wejście na szczyt. Są wyzwaniami, bo tak mi się je ciężko osiąga. Absurdalne, zważywszy na ich miałkość. Maluczkie kroczki ku normie, gdzie równowaga została zachwiana.
Kończy mi się pomału urlop.
Czy odpoczęłam? Nie.
Czy gdzieś wyjechałam? Nie.
Czy coś wyjątkowego zrobiłam? Nie.
Czy się ogarnęłam? Nie.
I po urlopie.
Czy coś ma jakiś sens? Nie.
Jestem w takim etapie życia, że wszystko jest bezbarwne i jałowe. Nic mnie nie rusza, oprócz krzywdy innych ludzi. Wówczas nie skupiam się na sobie. Nie jestem pępkiem świata, by się rozwodzić nad sobą.
Jedyny namacalny sens jaki istnieje, to Nastka zasypiająca mi na rękach.
A teraz idę pomalować pazurki na czerwono. Trzeba wyglądać jak ludź między ludźmi.