Uwielbiam oglądać polskie seriale. Naprawdę. Zachwycam się rzeczywistością. Bajkową.

W szerokości geograficznej, w której przyszło mi żyć, tej kreacji przedstawionej, mimo starań, nie mogę znaleźć w otaczającej mnie rzeczywistości. Człowiek ze zdziwieniem stwierdza, że ona nie istnieje. I tak się zastanawiam, co pił scenarzysta pisząc fabułę abstrakcji. No bo rozprawy sądowe są iście amerykańskie. Świadkowie odpowiadają na pytania, a stenotypistka z prędkością światła je zapisuje. Iście amerykański jest prokurator walczący zacięcie ze złoczyńcą i obrońca z wielkim zaangażowaniem broniący podejrzanego. I człowiek się naogląda tego, nabiera przekonania, że takie są polskie realia, dopóki nie dostanie wezwania do sądu. Idzie i przeżywa ogromne rozczarowanie. Chce wszystko opowiedzieć, co wie, a sędzia mu przerywa, bo musi podyktować stenotypistce, co ma napisać. Człowiek baranieje. Tak jest wytrącony z równowagi, zbity z pantałyku, że nie wie już co ma powiedzieć. Traci rezolutność, pewność siebie i połowę faktów z siebie nie wydusza. Idziesz do prokuratora, a on ma w dupie twoją sprawę, bo co go obchodzi przemoc domowa. Przyjdź z ciałem zamordowanego, najlepiej ze schwytanym przez ciebie mordercę, to się tobą zajmie. Idziesz do adwokata i pomimo, że jego opłaciłeś, to ignoruje twoje uwagi i nie przedstawia w sądzie twoich argumentów. A potem rozdziawiasz buzię słysząc uzasadnienie wyroku.

Albo na przykład przedstawianie przekroju społeczeństwa. Klasa średnia ma się w niej dobrze. Wyższa też. No nie uświadczysz nikogo, kto żyje poniżej minimum socjalnego i minimum egzystencji. Nie uświadczysz tam osoby, która od strony materialnej ma podobne problemy do twoich. Nie żyje zatem od pierwszego do pierwszego, nie ma kredytu, problemów finansowych, egzystuje skromnie, oszczędnie i gimnastykuje się podczas dokonywania wyborów. Sprzedają nam iluzję na bogato, łącznie z wnętrzami. Sądzę, że scenarzysta siedział w kawiarni na Placu Zbawiciela, popijał latte, zagryzając bezglutenowym ciasteczkiem z mąki orkiszowej, tworząc swe wypociny.

Albo przychodnie. Kultura w całym calu. Nikt się nie wpycha. Nie musi, bo pod drzwiami do gabinetu lekarskiego stoją dwie osoby. Gdzie się podziały te kilometrowe kolejki? Czy ja o czymś nie wiem?! Czyżby NFZ został wreszcie uzdrowiony? I lekarz taki miły, zatroskany twoją chorobą, poświęcający tobie pół godziny, który nie pomyli twojej karty chorobowej z inną personą, interpretujący rzeczywiście twoje wyniki badań. A już najciekawsze są terminy oczekiwania do specjalistów. Bohater dostaje się tam od ręki. Nie czeka żadnego roku, by paść przed wybawcą z plikiem dokumentów swej medycznej historii. Nie uwidzisz go skręcającego się z nerwów, czy do tego czasu dotrwa, czy zejdzie z tego świata.

Albo takie szpitale. Piękne, jasne, estetyczne, jak z żurnala. Pielęgniarki miłe, lekarze komunikatywni, pacjenci chorzy, niecierpiący. Same słodkości. I potem trafiasz w objęcia jego murów. Do meandrów niekończących się, kiepsko oznakowanych korytarzy. Z sufitami, które masz wrażenie, że spadną ci zaraz na głowę. Ze ścianami z odrapaną lamperią, spadającymi tynkiem i linoleum zużytym na podłodze. I kiedy siadasz na łóżku szpitalnym, rozmyślasz, czy do szafki obok, która wygląda jak po spotkaniu z pociągiem, warto wkładać swoje rzeczy. Kiedy wchodzisz do toalety, która wita cię ułożonymi w rządku, odpadniętymi kafelkami pamiętającymi czasy PRl-u, wykrzywionym sedesem, zardzewiałym uchwytem do papieru toaletowego, na którym przez cały pobyt nie zawiśnie ani jedna rolka. Kiedy stoisz pod prysznicem wzbudzającym w tobie odruch ucieczki. Ale potrzeba umycia się jest silniejsza od ciebie i stoisz nadal dzielnie w brodziku, ciesząc się, że masz na stopach klapki i grzybica paznokci na szczęście cię ominie. No nie uświadczysz rozmów pełnych grozy, w którym szpitalu nie dadzą ci poduszki, a w którym rejonie pościel jest przetarta do cna, gdzie kubków nie dostaniesz i noża stołowego. Scenarzysta pisząc sceny odleciał zupełnie w krainę raju. Raju w innym państwie.

A wiecie czego najbardziej nie lubię w tej papce? Że robi się z nas niemyślących debili, co jak pelikany łykają mity o szklanych domach.

Drogi scenarzysto! Szanuj swojego widza!

A jak bajkę zechcę obejrzeć, to włączę sobie Sulejmana Wspaniałego.