Jeśli się wybieracie na wesele, pamiętajcie o tym, by:

– dzień przed weselem nie iść do pracy

– nie kupować prezentu w ostatniej chwili, chyba, że już jest upatrzony, ale co innego w mini mieście, a co innego w zabijających entuzjazm, rozlazłych odległościach w wielkich metropoliach

– ścinanie włosów w przeddzień wesela i farbowanie tychże włosów, w tymże dniu (wydobycie się jęku z trzewi na widok jasnego rudego na czuprynie, grozi użyciem drugiej farby i pozbawienia się włosów całkowicie)

malowania paznokci na kończynach niemalże przed wyjściem
– wypróbowania butów nie raz, lecz kilka razy oraz wskazana jest też pielęgnacja stóp, jeśli obuwie odsłania ich uroki
– zamówienie taksówki bądź innego środka transportu, by nie jechać autobusem komunikacji miejskiej z prezentem, pod elegancka pachą
– zrobić sobie zdjęcie z parą młodą i w ogóle, by się uwiecznić w kosztownej sukience i nie uwieczniać innych.
To tak mniej więcej w skrócie.
Nigdy więcej nie maluję sama sobie włosów. Z oszczędności się wykosztowałam na dwie farby i zostałam wystawiona do wiatru przez koleżankę, która farbę miała kłaść na te pięć włosów, które posiadam. Zmuszona zostałam do bycia fryzjerką, a w efekcie nabawiłam się palpitacji serca, na widok odbicia w lustrze swego lica.
Po dziesięciu myciach głowy w końcu wyglądam jak człowiek.
Wybrałam się na wesele sama. Chciałam, żeby ktoś wyjątkowy był tam ze mną, ale z przyczyn stu i chęci, pozostają same przyczyny. Można się było poratować jakimś kolegą, znajomym, obcym nieznajomym, wypożyczonym, lecz innowacje siostry mnie zniechęciły. W ten oto sposób siedziałam w doborowym towarzystwie –  między ojcem, a kolegą z pracy szwagra. Jeden był zajęty bujaniem, drugi zbyt uprzejmy w podawaniu potraw. Pomyślałam, czy z tym od bujania rzeczywiście łączą mnie więzy krwi, a ten od podawania już wszystko podał i swatanie nas usilne przez nowożeńców, nie tylko mi nie przypadł do gustu. Tak oto upiłam kolejnego głębszego łyka wina, a że wein jest do degustacji, wcale się nim nie upiłam, by się chociaż lekko zamroczyć.
Czułam się nieobecna i wyobcowana. Drużbantka  przy siostrze jeszcze bardziej pogłębiła wyobcowanie wśród weselników i przepaść dzielącą mnie z siostrą. Ona jest z Wenus lub innej znanej planety, a ja z takiej, której jeszcze nie odkryli – z innego wymiaru bądź galaktyki.
Muzyka wydobywająca się z harmoszki i zawodzących skrzypiec, jeszcze bardziej pogłębiła drżenie serca i podbródka. Sentymentalny utwór porwał słowiańską duszę za pragnieniami i zatańczył z tęsknotą kankana na stole.
Usypiający Krzysiu przy stole, zmęczenie mamy i niemieckie zwyczaje, iż wesele trwa trzy godziny, mój pragmatyzm i zadbanie o swe interesy, czytaj powrót, sprawiły, że odwieziono mnie do domu.
Ściągnęłam z siebie kosztowną sukienkę jednej nocy, wysokie szpilki, zmyłam makijaż, umyłam ząbki, naciągnęłam na ciało sprany podkoszulek i nie poczułam wcale ulgi.
Pocałowałam chłodne wargi na dobranoc.