Największy strach przysparza prawdziwe życie. Horror life. W Warszawie.

Współlokatorki oglądają horror. Ociekający krwią ekran, eksponujący obcięte kończyny mnie nie rajcuje. Zatem siedzę ze słuchawkami w uszach, słucham Stinga i walę w klawiaturę. Uważam, że większe wrażenia, podnoszące poziom adrenaliny, daje ot taka Warszawa. Podziemia na Dworcu Centralnym dostarczają ataku paniki, jak człowiek nie może wyjść tam, gdzie zamierzał. Chcesz wyjść w stronę Żoliborza, a wychodzisz w kierunku Pragi. Jeszcze gorzej jak się zapętlisz i wciąż mijasz te same stoiska, dalej nie wiedząc, jak wydostać się na powierzchnię ziemi. Sytuację nie poprawia fakt, że mijasz setki zombi, skoncentrowanych na karierę, modny lans i posiadanie kubka z kawą ze Starbucksa. A jeśli jesteś kobietą, w szpilkach, niepotrzebny ci już upiór, by krzyczeć z bólu obolałych stóp i ze strachu, że jesteś w labiryncie Fauna. Kiedy wreszcie uda ci się uciec z tej matni, docierasz do bezpiecznej przystani, padasz i leżysz w odrętwieniu dwie godziny. Po przejściu niechcący ulicy Puławskiej na nogach, leżysz dłużej i w innej pozycji. To jest dopiero horror life.

Nie lepiej jest jak cię przytrzasną drzwi w tramwaju. Jedziesz z połową ciała wystawioną na widok publiczny. Wizja rozczłonkowanego ciała toną żelastwa, uaktywnia odruch wymiotny. Również zjazd na pętlę. Wciskasz przycisk otwierający drzwi, a one nawet nie drgną. Dostajesz klaustrofobii, choć nigdy jej nie miałeś. Obezwładnia cię paniczny lęk, że ktoś ciebie tu zauważy, samiutkiego i z płonącymi uszami.

Oblewają cię siódme poty, jak uzmysłowisz sobie, że przejechałeś w autobusie całą trasę, tam i z powrotem, niczym Hobbit. Dostajesz gęsiej skórki, bo orkowie mogli cię zabić i zjeść, a Nazgule zesłać czarne tchnienie.

Bywa też niebezpieczne w domach. Otworzysz szafę – wyleci z niej choinka. Chcesz prasować koszulę – masz do dyspozycji trzy eksponaty muzealne. Poprawiasz firankę – bezwolnie spada jej połowa, ucięta równo, nieznanymi siłami, na ziemię. Włączasz kontakt  – nie ma światła na całej ulicy. Jeśli dodatkowo eksploduje żarówka nad twoją głową, z której bucha smród kopcącego się przewodu, uciekasz z krzykiem z budynku, trzymając w rękach drzwi, które wypadły z zawiasów.

Najlepszą adrenalinę dostarcza prawdziwe życie, a nie żywe trupy.