jestem nudziarą

Jestem nudziarą. Uzmysłowiłam sobie ten fakt, gdy zauważyłam odpływającego myślami rozmówcę. Od mego słowotoku prawie ziewnął i usnął, a ocknął się po ciekawszych frazach, głoszonych przez Przyszłego.

Macierzyństwo sprawiło, że w oczach innych jestem pospolita, jak pokrzywa w przydrożnym rowie. Jestem tylko matką, która głowi się, czym nakarmić stado, myśli jak szybko przejechać ścierą kurze, w planach ma zrobienie trzech prań, obmyśla drogę na spacer z dzieckiem, robi listę zakupów, zabawia i dba o potomka.. Jestem matką zalataną, żyjącą od czynności do czynności, stawiającą na piedestale najpierw dobro swego dziecka i swej rodziny. Takowe życie nie ekscytuje. Jest nieciekawe, odstraszające i bez polotu. Podobnie jak bohaterka tegoż żywota. Z dodatkowymi kilogramami, z odrostem na głowie, w koszmarnym ubraniu, bez manicure.

Mogłabym się pokusić o elaboraty wymyślnych przygód, egzotycznych podróży, scenek rodzajowych, wariackich pomysłów, wzniosłych idei, arcy ważnych zajęć. Mogłabym się pokusić o wspominki barwnych wojaży i anegdot samotnego ptaka, którym kiedyś byłam, ale po co? Czy muszę udawać kogoś, kim nie jestem? Czy muszę odcinać się na oficjalnych wyjściach od życia, które obecnie prowadzę? Czy muszę kreować swój wizerunek na potrzeby PR, by ktoś mnie polubił i okazał zainteresowanie moją osobą?

Moje życie bywa jednostajne przez wypełnianie codziennych obowiązków, choć paradoksalnie, Bulba swoją pomysłowością urozmaica monotonność doby. Moją egzystencję cechuje ostatnio rutyna i zwyczajność. Nie jest mi zawsze z tym dobrze. Z doby wyrywam dla siebie strzępy, by pobyć sama przez dwie minuty, w błogości wypić zimne już cappuccino, poczytać w ciszy trzy zdania w książce. Tak, macierzyństwo czasami odcina mi dopływ tlenu. Czasami duszę się nim, bo nie mogę istnieć dla samej siebie. Przytłaczają mnie wszechobecne oczekiwania bycia perfekcyjną, zadowoloną, zadbaną, uśmiechniętą, spełnioną matką. Wachlarz wymagań niełatwo zrealizować. Niełatwo, jak cały świat twierdzi, że ów stan można osiągnąć z palcem w nosie. Może taki stan osiągnę, jak będzie mnie stać na opiekunkę lub kiedy Bulba pójdzie wreszcie do przedszkola, a ja uzyskam więcej czasu na samorealizację. Na chwilę obecną jestem perfekcyjna w poślizgu, jestem oddalona od stanu permanentnej radości, zapuszczona, niezdolna do rechotu i nieusatysfakcjonowana. Nie powinnam się tak czuć, ani się tym chełpić. Oficjalnie powinnam być oazą idylli. Jestem pozbawiona prawa do takich wynaturzeń, które nie są akceptowane przez ogół. Każda matka jest zobowiązana do rzygania nieustanną miłością i spełnieniem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Macierzyństwo cechuje poprawność polityczna, a ja jestem odmieńcem. Odmieńcem, bo marzę o chwili tylko dla siebie, potrafię w złości krzyknąć na swe dziecko i samą miłością do Bulby i Przyszłego nie chcę żyć. Nie chcę, by mnie postrzegano tylko przez pryzmat bycia matką.

Jestem w takim etapie życia, nie innym. Nie oznacza to, że mój świat skurczył się całkowicie do opakowania kaszki mlecznej. Moje ziewanie, tłusty włos, rozlatane oczęta za pociechą nie oznaczają, że nie mam już osobistych planów, marzeń i ambicji. Mimo, że ten czas okraja mnie z wielu możliwości realizacji i jemu się buntuję, to koniec końców go akceptuję. Zdaję sobie bowiem sprawę, że to nie odpowiedni czas. Odpuszczam, bo mimo mych chęci nie jestem w stanie wydłużyć doby, a potrzeby Bulby są ważniejsze od moich. Ona nie jest w stanie poczekać, ja mogę i muszę tę hierarchię zaakceptować.

Na początku macierzyństwo uskrzydla. Jest się zachłyśniętym miłością do dziecka i ukochanego, który również owo cudo stworzył. Żyje się w bajkowej bańce. Wraz z rozwojem dziecka i jego większą samodzielnością, sprawnością, długotrwałym ubytkiem snu u rodzica, stanem notorycznego jego zmęczenia i wewnętrznego niedosytu, bańka pęka. Odkrywa się, że nie samą miłością tylko człowiek żyje. Aby sprawnie funkcjonować trzeba zachować równowagę i odpowiednie proporcje, by móc obdzielić swą uwagą dziecko, partnera i swoje potrzeby, które zazwyczaj się ignoruje. Marzę o wyczarowaniu czasu tylko dla siebie, bym mogła odetchnąć pełną piersią i skupić się na ich realizacji.

Bywam stłamszona nadmiarem macierzyństwa na okrągło. I proszę nie zabierać mi prawa do tego, by tak się czuć.

Nie jestem nudna i nie zgadzam się z przyklejaniem do mnie takowej etykiety. Owszem, mój świat ma mniejsze terytorium i zasięg, lecz to nie oznacza, że zidiociałam doszczętnie i nic poza dzieckiem mnie nie interesuje. Na tyle, ile czas mi pozwala i możliwości, staram się rozwijać i realizować pomniejsze plany. Ze względu na Bulbę pod pachą, zmniejszyłam dynamikę i ekspansję działań. Na resztę przyjdzie odpowiednia pora.

A ty drogi rozmówco, z grzeczności udawaj, że mnie słuchasz, bo swą ignorancją dokładasz dodatkowy powód, przez który czuję się do dupy.