kontynuacja

Styczeń zmierza ku końcowi, a ja dopiero teraz mam czas, by na spokojnie przelać moje przemyślenia, po zrobieniu rachunku sumienia, czego nie udało mi się zrealizować w minionym roku. Mam czas, by zweryfikować swoje założenia i wprowadzić zmiany, widząc już po tylu dniach w Nowym Roku, jaki obszar mojego życia wymaga uwagi, pomyśleć, jaki chcę osiągnąć punkt docelowy.

Poprzedni rok zakończyłam w poczuciu sporego niezadowolenia. Większości postanowień nie zrealizowałam. Rozbiły się one o rzeczywistość, która zafundowała problemy zdrowotne u całej naszej trójki. Deficyt zdrowia odbił się mocno na finansach. Podłamała pozytywne myślenie oddalająca się perspektywa o poduszce finansowej, a samopoczucia nie poprawiał fakt powrotu Przyszłego do nałogu tytoniowego. Mój comeback do pracy okazał się niełatwą drogą – dopasowywanie się do grafiku Przyszłego, godzin otwarcia przedszkola Bulby i klejenia jej oczka, dość mocno zawężają pole poszukiwań fantastycznej posady. Niemiłe wydarzenia w życiu prywatnym, animozje, rozczarowania, obciążenia, oczekiwanie ode mnie określonego zachowania, dość mocno nadwyrężyły moją psychikę. Tak mocno, że jeden krok dzielił mnie od zbratania się z depresją.

Czy zbyt ambitnie podeszłam do zmian i poprawy jakości życia? Czy obciążyłam się zbyt wieloma postanowieniami? Może określiłam złą terminologią planowane cele? Przecież sama chęć rozwoju i samodoskonalenia z definicji jest już na samym starcie skazana na przegraną. Sama chęć, postanowienie, to za mało, by dokonać transformacji. Czy rzeczywiście reorganizacja, ulepszenie życia musi iść w parze z niewymyślaniem niemożliwego i z zawężeniem celów do minimum? Moje życie się rozrosło o dwie osoby: Przyszłego i Bulbę. W naturalny sposób rozrosły się priorytety, plany i pomysły na poprawę funkcjonowania naszej rodziny. Wiem, że zawsze jakiś odsetek dziewiczej idei zostaje niezmaterializowany. Wiem też, że można bez większej strategii osiągnąć sukces w 90%  zarysowanego konceptu.

Miałam zapał i energię, by dokonać małą rewolucję usprawniającą nasze życie. Nie przewidziałam tylko, że działania innych osób, zachowania, w pewnym momencie również brak funduszy, skutecznie znokautują moje zamiary. Nie przewidziałam, że na przestrzeni całego roku tyle razy będę się podnosić z ringu, a liżenie ran będzie czasochłonnym zajęciem. Zaś optymistyczne zjawiska stracą cały swój urok, pokryte pokaźną dawką rozczarowania. Nie jest łatwo zachować pogodę ducha, gdy dostaje się obuchem od życia.

Odczuwam irytację, ale nie wycofuję się z deklaracji, które sobie złożyłam. Niejednokrotnie przekonałam się, że na pewne rzeczy, sprzyjające warunki, trzeba dłużej poczekać. Tak więc pochylam głowę i cierpliwie czekam na korzystny moment. Moją myślą przewodnią na 2017 rok jest kontynuacja. Kontynuuję w dalszym ciągu rozpoczętą pracę. Lekko niewdzięczne zajęcie, kiedy się wie o przestoju, a znużona głowa najchętniej zajęłaby się czymś nowym.

Oczywiście na liście celów prym wiodą sprawy na cito. Tak więc pierwszeństwo ma zdrowie całej naszej trójki. Biorąc pod uwagę zeszłoroczne turbulencje zdrowotne, gdzie w kulminacyjnym momencie ściskałam w dłoni skierowanie do chirurga onkologa, jest to najważniejszy priorytet. Kolejną ważną sferą jest mój powrót do pracy. Mam uszczuplone pole manewru, ale nie tracę wiary, że uda mi się znaleźć pracę, która idealnie wpisze się w moje aktualne potrzeby. Pierwsze kroki już poczyniłam: odświeżyłam i zaktualizowałam CV, odbyłam już jedną rozmowę. Mała rozgrzewka, a cieszy ogromnie. Inną ważną sferą jest wspólne spędzanie czasu we troje. Aby oprócz miłego leniuchowania, wspólne chwile cechowały się aktywnością, odkrywaniem ciekawych miejsc i robieniem czegoś nowego we troje. Nie zapominam też o pielęgnowaniu relacji z Przyszłym. Potrzebujemy chwil tylko dla siebie. Pogodziłam się, że nie mamy możliwości, by wyjść w duecie na miasto. Ale wspólne wypicie kawy, wysłanie miłej wiadomości na telefon, czy podanie kolacji, też jest miłym gestem pokazującym, że się kocha, pamięta, myśli. W kwestiach finansowych nic odkrywczego nie zamierzam – kontynuuję, to co zaczęłam. W powolnym tempie, ćwicząc silną wolę na konsumpcyjne pokusy tego świata. Są też pomniejsze cele. Również ważne.

Nie wiem doprawdy jakie osiągnę rezultaty z końcem roku. Życzyłabym sobie spektakularne i oszałamiające. Zawsze chce się osiągać życiowe rekordy. Fenomenalne wyniki uskrzydlają, ale bez względu na rezultat końcowy i tak będę z siebie bardzo dumna. Zdobywać szczyty mimo przeciwnościom, to nie lada sztuka. A kiedy dopadnie mnie poczucie niespełnienia i zawodu, spojrzę z czułością na moje drobne zwycięstwa.

  • Problemy zdrowotne zawsze podcinają skrzydła. Kiedy jestem chora chcę tylko leżeć, spać i wszystko mieć w dupie. I o ile ja w chorobie mogę sobie na to pozwolić, Ty nie, bo masz małe dziecko i musisz być dyspozycyjna. Stąd może te nawracające infekcje, z niedoleżenia. Nie bądź dla siebie zbyt krytyczna. Kontynuacja to dobry pomysł. Że w ubiegłym roku coś nie wyszło? Było minęło. Robimy swoje dalej. Przeszłość za nami, przyszłość nieodgadniona, róbmy swoje tu i teraz. Szukajmy w tym wszystkim małych radości, chwil wytchnienia, cieszmy się z tego co mamy. Powiało trochę gadką motywacyjną :-),ale ja w to wierzę. Tak jak wierzę w Ciebie. I jak zawsze mocno trzymam kciuki. Ściskam mocno. :-*

    • Uwielbiam Twoje motywacyjne gadki :* Nigdy mi się nie znudzą. Jak nikt inny mnie rozumiesz i wiesz jak mnie zmotywować 🙂
      Kontynuacja jest dobrym pomysłem. Czasami chciałabym żeby wszystko ułożyło się w szybszym terminie, ale przecież niektóre sprawy wymagają więcej czasu, aby się zakończyły. Zawsze cierpliwie czekałam, ostatnio miałam z tym spory problem. Byłam zniecierpliwiona czekaniem. Ale teraz te emocje się uspokoiły i się pogodziłam, że na pewne sprawy nie mam po prostu wpływu. Czy z tą świadomością lepiej mi się żyje? Zdecydowanie. Pojawia się mały smuteczek, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę. Cieszę się, że nie jest najgorzej. Tego się trzymam i cieszę małymi sukcesami 🙂