Pierwsze zarobione pieniądze miałam ze sprzedaży, wypielęgnowanych własnoręcznie truskawek. Dzielnie je pieliłam od wiosny, a gdy obrodziły latem, zrywałam do skupu, by spełnić swe największe marzenie o posiadaniu całej serii książek „Ani z Zielonego Wzgórza”. Osiągnęłam cel. Nie miałam tylko dwóch tomów, ale i tak pękałam z dumy. Resztę przeznaczyłam na zakupy artykułów szkolnych.
Innym zajęciem, który umożliwiał zarobek, było zrywanie jagód. Praca ciężka i żmudna. Trudniejsza, jak do lasu trzeba było dojść piechotą pięć kilometrów z braku roweru. Zarobione pieniądze oddawałam mamie na życie.
Inną sposobnością zarobku był weekend majowy, na ośrodku wypoczynkowym. Pracowałam tam w charakterze pokojówki.
Po liceum, udało mi się zostać nianią. Byłam nią przez miesiąc. Potem pomagałam mamie przy opiece innego malca. Z powodu jej choroby, było to jedyne rozwiązanie, by mogła ona utrzymać tą pracę.
Po ukończeniu szkoły zostałam stażystką w banku. Staż był płatny i to pozwoliło mi na większą pomoc mamie, chociaż wypłata była skromna. W tym czasie podjęłam też dalszą edukację w studium ekonomicznym.
Udało mi się też pracować jako rachmistrz spisowy w Powszechnym Spisie Ludności i Gospodarstw Rolnych. Ale przełomem była praca ekspedientki. Ta praca, mimo iż sezonowa, pozwoliła mi na rozpoczęcie leczenia wady zgryzu. Założyłam aparat na zęby. Mogłam zaszaleć wreszcie u fryzjera i zakupić ubrania. Ale sezon się skończył, a o pracę na jesienno – zimowe dni w mazurskich realiach jest trudno.
Postawiłam wszystko na jedną kartę. Wyjechałam do Warszawy, mając w kieszeni tylko 300 zł. Zamieszkałam z trójką osób w kawalerce, mając trudne dni w perspektywie. Nie miałam telefonu komórkowego. Nie było mnie na niego stać. Jeździłam na gapę, wertując gazetę i odhaczając zakreślone ogłoszenia. Wszystko było mi nieznane. Musiałam się uczyć poruszania w meandrach komunikacji miejskiej i topografii miasta.
Jak większość osób zaczęłam pracę od rozdawania ulotek. Praca łatwa, ale zimą przy niskich temperaturach, nie sprzyja euforii z jej posiadania. Myślałam, że zamarznę pod Smykiem i nikt nawet tego nie zauważy 🙂
Po wielu rozmowach kwalifikacyjnych, po kilku miesiącach, zostałam zatrudniona w herbaciarni. Ciepłej i przyjemnej, co było balsamem dla przemarzniętego już ciała.
W późniejszym czasie zmieniłam branżę i znowu zostałam sprzedawcą. Sprzedawcą marzeń 🙂
Też kilka razy, udało mi się, dzięki koleżance, wyjechać za granicę. Dzięki temu mogłam zobaczyć, jak żyje się w innym kraju i nabyć nowe umiejętności. Wiadomo, podróże kształcą.

Jak widzicie jest tego sporo. I sporo bym zmieniła. Zwiększyłabym sposoby pozyskiwania pieniędzy i zmieniła sposób ich wydawania.

Na Mazurach uważam, że wszystko uczyniłam, by poprawić swój byt i znaleźć pracę. Pola manewru są nieduże. W niewielkich miasteczkach przeważają układy i układziki. O pracę jest ciężko i zazwyczaj ma się ją po znajomościach. Ale w sumie nigdy nie rozważałam przeprowadzki do Ełku, Piszu czy Ełku. Skupiłam się głównie na Mikołajkach. Sama nie wiem czemu.

Kiedy miałam pracę w stolicy, nigdy nie myślałam o tym, by gdzieś dodatkowo dorobić. Miałam sporo czasu, byłam wolna i nie olśniło mnie, by w ten sposób pomnożyć zarobki i je odkładać. Swoją głupotę w tej kwestii odkryłam trzy lata temu. Byłam na siebie zła, bo miałam sposobności, by podbudować stan finansów.

Mieszkałam na wielu stancjach. Zmieniałam wiele razy miejscowości i mieszkania. Czasami bywało tak, że zostawiałam jakieś rzeczy. Po długim czasie, zrozumiałam, że na to wszystko wydawałam swoje zarobione pieniądze, których nikt mi nie zwrócił, ani w gotówce ani dniem wolnym od pracy.

Inwestowałam w mieszkanie rodzinne, które nigdy nie było moje. Zapewnienia słowne nie są aktem notarialnym. Teraz mając taką wiedzę, wszystkim odradzam tego typu inwestycje. Tym bardziej odradzam, gdy relacje rodzinne są zagmatwane. Są to pieniądze wywalone w błoto. Po piętnastu latach powinnam być już właścicielką kawalerki na Mazurach. A tak, nie jestem właścicielką żadnego M.

Wyjazdy za miedzę są dużym zastrzykiem gotówki. Zanim się ją wyda, trzeba kilka razy to przemyśleć. Nie warto inwestować w niepewne przedsięwzięcia i robić prezenty całej rodzinie czy znajomym. Najlepiej jest zainwestować w siebie, w szkolenia, w szkołę, kursy. Ja do tej pory nie poszłam na studia ani nie zrobiłam prawo jazdy.
Lokując najpierw w siebie, mogłam w przyszłości wydajniej pomóc innym. Ale to trzeba też robić rozsądnie, z umiarem. Ludzie łatwo się przyzwyczajają. Potem trudno im się odmawia, a co gorsza potrafią się obrazić śmiertelnie, jak nie udzieli im się wsparcia. Taką gotówkę warto jest pomnażać. Gdybym nie była głupia, wpłaciłabym je na lokatę.

Nie wezmę już nigdy pożyczki dla kogoś na swoje nazwisko. Jeśli w terminie ktoś nie spłaci rat i będzie z nimi zalegał, to bank zadzwoni do mnie. To ja będę spłacać dług, jeśli kolega zniknie lub poczuje brak odpowiedzialności za zadłużenie. I to ja popadnę w tarapaty finansowe, nie on.

Nie pożyczam już wielkich sum, jak sama mam niewiele. Kiedyś znajomy nie oddał mi ich w terminie, wyłączył telefon, a ja nie mogłam kupić biletu i pojechać na święta do domu. Spędziłam je sama, z ubogo wyposażoną lodówką.

Pilnuję dobrze swój portfel, szczególnie jak mam pokaźną w nim gotówkę. Chociaż Przyszły twierdzi, że średnio mi to pilnowanie wychodzi. Pilnuję, bo nie chcę, by ktoś mi go ukradł. Kiedyś skradziono mi portfel z całą wypłatą. I miałam trzy miesiące finansowej rozpaczy. Na szczęście noszę dokumenty w oddzielnym etui i nie musiałam ich wyrabiać od nowa. W portfelu najlepiej jest mieć niewielkie zasoby gotówki.

Trzeba stworzyć poduszkę finansową. Jak się jej nie ma, nie wpadnijcie na pomysł brania na kredyt sprzętu AGD, RTV lub czegoś innego. Na to można odkładać co miesiąc fundusze. Jeśli w pracy nie zrobi się normy lub utną godziny, nie zakopiesz się wtedy finansowo. Ja takim sposobem popadłam w kłopoty i musiałam wyjechać za granicę, by uregulować długi.

Religia religią, ale trzeba uregulować prawnie sprawy prywatne. Jeśli współmałżonek odejdzie z tego świata, można odziedziczyć po nim do spłacenia długi, które zaciągnął, mimo iż się z nim nie było 20 lat. Jeśli się nie zrobiło intercyzy, sądowej separacji, nie wzięło rozwodu, to jest się wtedy w finansowej dupie.

Nie polecam brania prawników, jeśli się nie ma na to środków. Najgorzej jak się wpadnie na myśl, że jakoś to będzie i się je wyskrobie. Życie bywa nieprzewidywalne i nie wie się jakie będzie za rok. Należy ocenić realnie swoje możliwości finansowe. Tym bardziej, jeśli pokrywa się wszystko z własnej kieszeni. Z usług radcy prawnego, prawnika można skorzystać za darmo. Jest wiele takich miejsc, trzeba je tylko poszukać w swoim mieście.
To nie Ameryka czy serial „Prawo Agaty”. Na sprawy w sądzie polskim czeka się bardzo długo. Pamiętać należy, że nie zawsze sąd zwalnia z kosztów sądowych. Może być tak, że będzie trzeba je pokryć. Warto pomyśleć wcześniej, czy sprawa jest warta świeczki, poświęconego czasu i pieniędzy. Może być jak u mnie. Wyrok nie po myśli, kosztowna apelacja i brodzenie samotne w gównie.

Czasu nie cofnę. Sumę porażek finansowych mogę tylko przekuć w ostrożność, przy podejmowaniu kolejnych decyzji w przyszłości. Zanim podejmę kolejne kroki, tysiąc razy się zastanowię. Uczę się na swoich błędach. Obserwuję też działania innych osób i dochodzę do wniosków, czego powinnam się wystrzegać. Tylko głupiec, nie umie przyjąć na barki swojej bezmyślności. Mam nadzieję, że w przyszłości odniosę sukces finansowy. Sukces w postaci poduszki finansowej. Stawiam pierwsze kroki ku niemu 🙂

Gdybym miała znowu osiemnaście lat, postawiłabym na edukację, na studia, nawet gdybym nie miała pracować po skończonym kierunku. Wykształcenie wyższe jest moim największym, niespełnionym celem odstawionym na boczny tor. Zrobiłabym prawo jazdy. Teraz trudniej jest mi inwestować w siebie. Wolę inwestować w córkę 🙂

Na pewno wszystko bym zrobiła, by mieć własne lokum w Pierdziszewie Dolnym. Na wypadek, gdyby życie bardzo mnie zaskoczyło. Mieszkanie to, zawsze dawałoby mi poczucie bezpieczeństwa i niezależność, w czasie osobistego pogromu. Resztę odkładałabym na czarną godzinę, na wykształcenie dzieci, na okoliczność choroby.

Szkoda, że dopiero teraz umiem dostrzegać w pełni, jak ważne jest bezpieczeństwo finansowe, bo nawet jeśli miałam pewne przebłyski, to nie oddawały całego obrazu sytuacji, które wiodły mnie na manowce.