krążownik

Jetem jak okręt wojenny krążący między przychodniami. Poziom frustracji  i wściekłości sięga zenitu.

Udało nam się szybko, co prawda dostać do dermatologa, ale dzięki koledze. Dał namiar do lekarza na Ursynowie. Spory kawał od domu, lecz po raz pierwszy udało nam się w Warszawie, pójść na następny dzień do specjalisty. Doznałam szoku. Ten stan wciąż trwa. Dostępność do specjalisty właśnie tak powinna wyglądać.

Oczywiście nie obyło się bez lekkich zawirowań. Musiałam mieć skierowanie. Pobiegłam więc z Bulbą do przychodni i je otrzymałam, ale pani doktor zapomniała dopisać czegoś ważnego i jeszcze raz będę musiała do niej biec, by te owo coś pojawiło się na skrawku papieru. Mimo braku, na szczęście zostałyśmy przyjęte. Uff!!

Pani dermatolog była rzeczowa i kompetentna. Nareszcie trafiliśmy do lekarza, który zna się na fachu. Poinformowała dodatkowo, że skierowanie potrzebne jest również do okulisty, (tak jakoś rozmowa się nam rozwinęła), o czym nie miałam bladego pojęcia. Ponoć przed końcem roku już o tym trąbiono, a ja biedna nie oglądam telewizji i zastanawiam się, czy znów nie zacząć.

Pediatra Bulby zapomniał o tak ważnej rzeczy. Hmm.. Trzeba go zmienić. Nie mam czasu na brak czyjejś nie wiedzy.

Za to zostałam poinformowana o obowiązkowych szczepieniach dziecka i pod tą informacją poproszona o podpis. To akurat doskonale wiem. Tylko nikt nie widzi, że w czasie kiedy ma być szczepienie, Bulba jest w trakcie rozkładu organizmu, zagilana i z załzawionym wzrokiem. Za miesiąc kolejne podejście do szczepienia i jak się tym razem nie uda, to się zastrzelę! A może takie szczepienie można wykonać prywatnie? Skoro kiedy i tak płacę za nie, dodatkowo mogę zapłacić za taką możliwość, kiedy Zośka jest zdrowa, a nie czekać z niewiadomą i ściskając kciuki przez miesiąc czasu, by się tym razem powiodło.

Co do okulisty. Pojechałam z Zośką osobiście do przychodni na Szlenkierów, bo od trzech dni nikt tam nie podnosi słuchawki, by dowiedzieć się, że u doktor X zapisy są zajęte do czerwca, a do doktora Y trzeba się dowiadywać w połowie lutego. Ja sobie daruję te dzwonienie i jeżdżenie w celu dowiadywania się. Pójdziemy prywatnie.

W chwilach wolnych też chodzę po lekarzach. Swoich. Jutro internista, potem anestezjolog i stomatolog. Chirurg za miesiąc. Perspektywa operacji się oddala przez płuco w wodzie, złe EKG. Sypię się od środka ewidentnie.

Przyszły sypie się dostojnie i subtelniej. Ma odcisk na pięcie i kuleje. Dobrze, że jeszcze o kulach nie chodzi 🙂

Chłop chory = OIOM w chałupie.

  • Żeby chorować to trzeba mieć na to dużo zdrowia… Od przychodni do przychodni… Wiem, o czym piszesz… Do niektórych nie idzie się dostać. A niby płacimy składki, nie?

    • bambosza

      Trzeba mieć zdrowie końskie 😉
      Płacimy i czekamy w nieskończonych kolejkach. Jest to frustrujące.
      Jestem ciekawa, czy ktoś opisał to łażenie, czekanie i dzwonienie po ośrodkach zdrowia, czy szpitalach w formie pracy magisterskiej. Chętnie bym poczytała.
      Wczoraj poszłam do lekarza o 11 i wróciłam o 14.30. Szkoda słów.