Krótka historia o tym , jak rok 2017 mnie znokautował. Podsumowanie roku. Rok 2017.

Rok 2017 był chujowy. Bez dwóch zdań.

Kataklizmy przyciągałam do siebie jak magnes. Pole magnetyczne było tak wielkie, że nawet teraz pisząc te słowa, nie jestem do końca pewna, czy na dobre mnie opuściły. Na pewno ciągnie się za nimi osobliwy smrodek. Wciąż unosi się ten specyficzny zapaszek – aromat klęski wymieszany z kpiną, ironią oraz środkowym palcem od życia i ludzi.

Na cholerę się starałam, skoro los miał i tak skopać mój twardy tyłek?

Liczę na niewielką satysfakcję, że czyjaś noga na nim się połamała. Że trajektoria ciosu niespodziewanie spowodowała dotkliwe złamanie u napastnika.

Dobroduszne gamonie wychodzą na tym dealu najgorzej. I w tym roku zajęłam zaszczytne, pierwsze miejsce.

 

CHOROBA SIOSTRA

Ten, kto bywa częściej na Facebooku, wie, że moja siostra choruje na SLA. Ten, kto osobiście mnie zna, wie, że moje relacje z nią nigdy nie były łatwe, ani różowe. Można by było o tym eseje pisać, ale wywlekanie na światło dzienne animozji nie przyniesie nic pozytywnego ani wartościowego.

W trudnych związkach, jak ten, gdzie aktualnie główną rolę odgrywa śmiertelna choroba, zawsze pojawią się na horyzoncie osoby, które muszą dowalić i podkreślić jakim jesteś złym człowiekiem, bo nie spełniasz ich oczekiwań i wyobrażeń. Tak więc dla tych osób, obojętnie czego bym nie zrobiła, za każdym razem będzie za mało, niedostatecznie i niewystarczająco. Nawet gdybym rozstała się z partnerem, oddała dziecko do adopcji, porzuciła pracę, zrezygnowała dosłownie ze wszystkiego, to i tak znalazłby się osobnik, który miałby wobec mnie zastrzeżenia.

Dochodzi wręcz do absurdów – nawet jeśli jestem chora, łykam antybiotyk, powinnam być przy siostrze, nie zważając na to, że mogę ją zarazić, co stanowi dla niej niebezpieczeństwo, a moje zdrowie, no cóż, jest w sumie nie wiele warte. To niewielki przedsmak nielogiczności i niedorzeczności.

Czasami żałuję, że nie nagrałam i nie wrzuciłam filmiku, jak wiozę wielką torbę czystego prania, jak dźwigam jedzenie, ogromne paczki pampersów i ciągnę za rękę córkę, która jest zmęczona. Jak siedzę z nią na przystanku, żeby przez dziesięć minut pospała albo jak walczę z nią, by szła gdzieś, gdzie nie ma ochoty. Albo filmiku jak jadę po pracy do szpitala, obcinam siostrze paznokcie u rąk, myję twarz, czyszczę uszy, lecę z tabołem brudnego prania odebrać córkę z przedszkola, i jak stoimy w korku, dosłownie, bo nikt nie ustąpił nam miejsca, z tabołem prania, a powrót do domu zamiast pół godziny zajmuje nam godzinę czasu, i wykończone idziemy zrobić zakupy w sklepie. Żałuję, że nie nagrałam. Doprawdy.

I doprawdy żałuję, że w małych mózgach światłych ludzi zwoje nie stykają. Każdy pomaga tyle, ile może.

I dochodzę do konkluzji, że ja to w sumie nie mam przerąbane, bo choć mnie się „oficjalnie” nie osądza, ale w mózgach światłych ludzi coś się tu w sumie nie zgadza, to istnieje grupa, która ma bardziej przerąbane – ta, która się tylko modli. Modli w intencji siostry.

CHOROBA PRZYSZŁEGO

Choroba Przyszłego mnie dobiła. Choć wiedziałem o jej istnieniu, to nie przypuszczałam, że tak mnie znokautuje. Choroba z serii: „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Choroba, która spowodowała u mnie totalne przygnębienie i brak sensu, a u otoczenia irracjonalne zajebiste samopoczucie. Choroba, która mnie zmieniła w wrak człowieka.

KRADZIEŻ

Jakie to jest uczucie, kiedy odkrywa się, że skradziono twoją tożsamość i na twe piękne lico wzięto pożyczki? Uczucie czarnej rozpaczy. Kolejny bonus od życia sprawił, że na moich włosach pojawiły się pierwsze siwe włosy.

Okazuje się, że w naszym kraju łatwo jest zaciągnąć kredyty na osoby trzecie. A człowiek żyje w błogiej nieświadomości, nie zdając sobie sprawy jakie bagno mu zafundowano.

 

CÓRKA

Wydawałoby się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Ale nie jest. Choroba siostry sprawiła, że Bulba bywa smutnym dzieckiem. Nie mając jej z kim zostawić, razem przemierzamy korytarze szpitala lub Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego. Ten, kto nie bywa w takich przybytkach, nie zdaje sobie sprawy, co moje dziecko widzi, słyszy i z czym się zmaga.

Dorośli wymiękają na widok bardzo chorych ludzi, czasami w stanie agonalnym, podłączonych do respiratorów, tlenu, rzężących, wymiękają wśród roznoszącego się zapachu moczu i kału, widoku tysiąca kabli podłączonych do ciała.

Nic dziwnego, że bywa smutna. Tym bardziej, że widzi swoją ciocię w coraz gorszym stanie. A niemoc chorej osoby staje się udziałem niemocy osób stojących przy łóżku. Nie oszczędza nawet czterolatków.

W ten sposób moje dziecko dowiedziało się, że jestem śmiertelna. Pewnego dnia uczepiło się mej nogi, płacząc, żebym nie umierała.

BLOG

Powiem nieskromnie, że jestem dobra. Uwielbiam pisać i to daje mi ogromną satysfakcję. Ale ta pasja tworzenia nijak ma się do panujących reguł blogowania. Jestem dinozaurem, który nie umie się zbratać z Facebookiem i Instagramem, i innymi pierdołami, które zapewniają rozpoznawalność i duże zasięgi. Dlatego mimo, iż jestem zajebista, to nie mam szans na wybicie się. No i musiałabym serwować czytelnikom same róże pierdzące, bo ludzie nie lubią smutnych historii, a u mnie jak widać przeważają kataklizmy, choroby i krótka historia o umieraniu.

Mam smykałkę, ale z tego pieniędzy nie zrobię. Nie tylko dlatego, że nie zbratałam się z wszystkimi ważnymi aspektami blogowania, ale przede wszystkim z braku czasu, który gwarantuje brak regularności. A jak wiadomo nieregularność wpędza blogera w niebyt.

ZDROWIE

To wszystko odbiło się na moim zdrowiu. Odnowiła mi się przepuklina pępkowa, spekuluję, w którym momencie tachania czegoś lub kogoś. Czeka mnie kolejna operacja i widzę już te tłumy pomocy, morze zainteresowania w godzinie zero. „Optymizmem” napawają mnie doprawdy wyniki krwi. A i cała reszta jest do bani. Odporności nie mam żadnej, a infekcje pozostawiają u mnie długotrwały kaszel powiększający przepuklinę. Doszły kolejne przypadłości. Moje ciało jest na krańcu wytrzymałości.

DEPRESJA

Te wszystkie jakże miłe aspekty 2017 roku doprowadziły mnie do depresji. Totalnej niemocy. Pierwszy raz w moim życiu pomyślałam, że powinnam łykać leki, bo już dłużej nie wytrzymam. I łykałam.

Codziennie wyobrażałam sobie, że rozjeżdża mnie samochód, żeby mnie cokolwiek unicestwiło, jakiś niewybuch z drugiej wojny światowej, by w ten sposób „życzliwe” mi osoby i życie wywalające mi środkowy palec, w końcu się ode mnie odpierdolili.

Dojście do dobrej kondycji psychicznej zajęło mi ponad rok.

Wymawiałam słowa mantry: „Dasz radę. Jesteś wielka. Dasz radę. Jesteś wielka.”

 

Czy po tym nokaucie się podniosłam? Zupełnie nie wiem.