Urodziny spędziłam w autobusie przemierzając kilometry, podziwiając w wydaniu polskim krajobrazy. Nie był to zamierzony cel, oryginalny wymysł, tylko przypadek. Jako że wzięłam urlop od wszystkiego, nie poczułam ciężaru 29 wiosen na barkach. Nie miałam skołatanych nerwów i egzystencjalnego doła.

Teraz kiedy wróciłam, zdyszana ferworem pędzącej karuzeli życia, z perspektywą nadchodzących noworocznych przyrzeczeń, mogę przeprowadzić bilans zysków i strat. Mogę pokusić się o podsumowania.

Jestem sama. Fakt, że nie mam faceta i nie mam dzieci, niepokoi bardziej innych niż mnie. Nie oznacza to, że nie chciałabym. Chciałabym. Tylko z kim? Fakt, że udało mi się stworzyć jedynie pseudo związek, skłania do poszukiwań w sobie więcej niedoskonałości i wad. Faktem jest, że uciekam w samotność, by koić żal, by potem uciec od niej w poszukiwaniu akceptacji i miłości. Faktem jest, że czasami z nią tworzę idealny tandem, a czasami przygniata mnie nadmiarem pustki i jesteśmy wówczas w separacji. Bywa tak, że boje się bardzo tego bezmiaru samotności. Ta, która mi dzisiaj towarzyszy jest moim świadomym wyborem. Zaakceptowałam ją i czuję się z nią dobrze.

Mam serce. Poobklejane plastrami, z chropowatą zaprawą na wierzchu. Czasami jest smutne i tęskni, ale wie, że nie może w nieskończoność czekać na coś, co nie nastąpi, karmić się zgubnymi złudzeniami. Serce zrozumiało, że nie można tylko dawać nie dostając w zamian nic, bo zużywa się jak amortyzacja, tracąc na wartości. Codziennie łyka łyżeczkę rozsądku i obdarza empatią w odmierzonych dawkach. Nie, nie cierpi na znieczulicę. Nie może się spalać, bo poparzenia trzeciego stopnia prowadzą ku śmierci. Jest trochę egoistyczne, by pokochać siebie z całym szlachetnym kołtuństwem. Nie odbiera też sobie nadziei na przyszłość.

Inwestuję w siebie. Nie mogę wciąż odkładać swoje marzenia na później, by za kilka lat nie być przytłoczoną rozgoryczeniem. Co innego jest spróbować, a co innego nie spróbować wcale. Nie będę miała sobie nic do zarzucenia, jeśli mi się nie uda, skoro włożyłam w to wiele wysiłku i pracy. I ten fakt nie będzie stanowił porażki. Porażką jest nie robić nic, by się realizować.

Nie będę Matką Teresą dla wszystkich. Spirala niesionej pomocy owija się wokół mej szyi, aż nie mogę złapać oddechu. Nie wiadomo kiedy sama potrzebuję wsparcia, by odbić się od dna. Muszę nauczyć się rozgraniczać granicę między naciąganiem, a rzeczywistymi potrzebami.

Nie do końca wszystko sobie poukładałam. Nie do końca odcięłam się od przeszłości. Uważam jednak, że jestem na właściwej drodze wytrwałości i uporu, by to zamknąć. Zdaję sobie sprawę, że nie raz napadną mnie w tym czasie wątpliwości, zwątpienie, zniechęcenie. Inaczej się nie da, by osiągnąć spokój, równowagę, szczęście. Wypisałam sobie na kartce, co chcę mieć, co chcę osiągnąć. Coś jeszcze do niej dopisuję, coś wykreślam, co już osiągnęłam. I to mnie motywuje do więcej, do dalej.

Mam nadzieję, że za rok nie będę miała powodu do rozpaczy, by urodziny spędzić pod hasłem „Dziwki i Alfonsi”, bo nie wiedziałam, co zrobić ze sobą i swoim życiem, co po niektórym się zdarza.