Kiedy pierwszy raz ujrzeliśmy nasze dziecko, miało słuszne 22mm. Miało oczy, zalążki rączek i nóżek oraz długą pępowinę. Te malutkie, maluśkie cudo doprowadziło mnie do rozczulającego szoku. Wyglądało, jak trzepot żagli, lekkie drganie liścia na wietrze. Wyglądało to tak, jakby nasze dziecko machało do nas z otchłani ciepłego łona, z okrzykiem: „Halo! To ja! Tu jestem!”

Nasze dziecko było tajemniczą istotą przypominające z wyglądu kosmitę vel kijankę. Dla nas nowa sytuacja była kosmiczną odyseją, a że me pochodzenie wywodzi się z Mazur, wszystko się zgadzało w stu procentach 🙂

Przyszły wszystko gorliwie nagrywał kamerą w telefonie. Pierwsze nasze spotkanie. Ale nie zdążył się zbytnio nim pochwalić, bo wymienił telefon na nowszy, stary upłynnił, nie zgrawszy tej wiekopomnej chwili. W domu wybuchła afera, jak taki spec mógł zrobić taką gafę.

Z każdym Usg nasze dziecko było coraz większe i żwawsze. Miało cudowny nosek, który nic a nic się nie zmienił. Słusznie twierdziłam, że me dziecko na porodówce po nosie poznam. Bawiło się zaciekle pępowiną, ziewało i wciskało do buzi swą rączkę.

Pamiątka nagrania USG 3D była dobrym pomysłem i prezentem, jakie sobie zrobiliśmy. A to wszystko po to, by się w końcu dowiedzieć, czy to chłopiec czy dziewczynka. Nasz mały skrzat cały czas się odwracał szacowną pupą i nie chciał ujawnić swej płci przez długi czas. Co USG to pupa na widoku. Ale tego dnia nam się udało i zobaczyliśmy.. dziewczynkę!
Tak oto nasz brzunio Dumbledore, zamienił się w Dumbledorię.