Prowadzę wydatki od pewnego czasu i za głowę się łapię, że przejadamy tyle pieniędzy. Świadomość, że za taką kwotę może przeżyć 4  lub 5 – osobowa rodzina wcale nie poprawia humoru. A wiem, że niektóre gospodynie domowe potrafią tę kwotę jeszcze pomniejszyć.

Myślałam, że sprawił to znaczny wzrost w cenach produktach spożywczych. Naprawdę w Warszawie jest drogo. Porównałam ceny z przyjaciółką mieszkającą na Mazurach i faktycznie w stolicy ceny żywności są wyższe. Na Mazurach jest tańsza o 1- 3 zł na jednym produkcie. Idzie się podłamać.

Pominę już fakt, że na Mazurach duża część osób posiada działki, na których uprawiają smakowitości, a ci co się tym nie imają, to po sąsiedzku, po koleżeńsku, po rodzinie zawsze coś dostaną. Komu co się obrodzi urodzajnie, zawsze się tym podzieli. Ja w Warszawie takiej możliwości jestem całkowicie pozbawiona. A me próby wyhodowania w skrzynkach na balkonie rzodkiewki i sałaty spełzły na niczym. Uprawy zdziczały.

Musiałam jeszcze raz wziąć wydatki po lupę. Tym bardziej, że zamiast się obniżać, zaczęły one nieco wzrastać. Tak one się klarowały w ostatnich trzech miesiącach:

lipiec – 996,44 zł
sierpień – 922,78 zł
wrzesień – 1003,92 zł

I odkryłam, że Przyszły w miesiącach letnich, wydawał na lody średnio 30 zł, że zrobiliśmy kilka zakupów w Minutce, a w sierpniu z powodu poślizgu w załatwianiu spraw, musieliśmy się stołować na mieście, co niestety tanie nie jest. Oczywiście czasami bywają takie sytuacje, że czasami nie da się inaczej postąpić. Ale po rekonesansie wiem, że wiele sytuacji zakupowych wynika z czystego lenistwa i wygodnictwa.

Ale nadal mi coś tu nie pasowało i tknięta przeczuciem, zaczęłam spisywać na kartce żywność, którą wyrzucałam do śmietnika. I wynik był oszałamiający. Wyrzuciłam we wrześniu żywność na kwotę 80 zł! Nabiał, owoce, warzywa, pieczywo, wędliny, a nawet mięso znalazły się na liście.

Okazało się, że mamy problem z Przyszłym. Nie sprawdzamy terminu do spożycia produktów, sięgamy po to, na co w danej chwili mamy ochotę i nie zagłębiamy się bardziej, że coś jest otwarte i może się popsuć. Przyszły olewa dania obiadowe z poprzedniego dnia, ignoruje wszystkie pojemniki, w których jest schowane jedzenie.
A ja mam problem, by z zakupionego mięsa, czy warzyw od razu przygotować posiłek. Odkładam to w czasie, a potem okazuje się, że coś zwiędło lub zaśmiardło.

Nie pojmuję też naszej awersji do zamrażania produktów. A to jest najprostsza rzecz, jaką można zrobić, by uchronić przed zmarnowaniem. Zważywszy, że kupując nową lodówkę na tym nam najbardziej zależało. Nie wspominając już o tym, że półki miały się uginać od ciężaru garnków ze smakowitościami.

Doszło do mnie, że nasze wydatki na żywność powinny oscylować w kwocie 800 – 850 zł. A marnotrawiona różnica ginie w czeluściach czarnego wora w koszu na śmieci. Dlatego wczoraj i dzisiaj zrobiłam jedzenie z rzeczy, które trafiłyby niewątpliwie do kosza, gdyby nie moja mocno spóźniona zapobiegawczość.

Może podzielicie się radami, co upichcić z dwóch nadwątlonych papryk, które mi w lodówce się ostały?