Spotkania biznesowe, podpisywanie umów, wyjazd w delegację na Sycylię, szkolenie w ośrodku w Górach Świętokrzyskich, spotkanie integracyjne z zespołem w Galindii.. Nic dziwnego, że nie mam czasu na wpisy.

Jak to zajebiaszczo brzmi. Światowo i tak dalej. Lawirowanie między klientkami, a przymierzalnią, tak pięknie już nie brzmią. Wydaje mi się, że w pracy przeszłam kulę ziemską z kilka razy. Dynamicznie, z entuzjazmem i wysoką transformacją. Tylko potem wyglądam jak zwłoki, z których uszło życie. Totalna dętka.
Owa dętka wyruszyła na urodziny Groszka. Resztkami sił pomoczyła usta w alkoholu, powywijała niezgrabnie posiadanymi kończynami i nabawiła się kompleksów, bo laska obok wywijała tak, że w następnej edycji YCD na pewno ją ujrzymy. Jedyną pociechą było to, że jej partner wypadł równo blado, jak dętka.
Ostatnie me rozmyślania i biadolenie, że nigdzie nie wychodzę sprawiło, że nieoczekiwanie wyklarował się spontan i znalazłam się w „70”. Fakt, że preferuję inną muzykę, przyćmiła obecność wspomnianego już Groszka i Szacuna.
Po owym spontanie, groszkowym Guberstagu i wypróbowaniu wysokich, zakupionych szpilek na wesele siostry, dochodzę do siebie i dojść nie mogę. I nie chodzi tu o litry wypitych procentów, ale o spalającą mój metabolizm pracę i brak snu. A jak już to koło się rozkręciło to i czasu zabrakło na inne przyziemne pierdoły. A więc doprowadzenie porządku w pokoju o północy i rozwieszanie prania o pierwszej w nocy, chęć umycia okien, tylko że ciemno, jak nie powiem gdzie, staje się już standardem.
Szybko, szybko!! Biorę udział w przedziwnym maratonie, by dobiec do mety. Dobiegnę zziajana, w stanie przedzawałowym z braku kondycji, która zakończyła swą działalność po liceum. Oczywiście chcę dobiec pierwsza. Stanę na podium, dostanę dyplom i medal. Wyprężę dumnie pierś, usłyszę fanfary i nawet hymn zagrają, by było milej i wznioślej. Spojrzę na kolorowy krążek, ale jego blask nie obejmie tej wewnętrznej pustki i bezsensu, w której panuje mrok i niepewność. Zadam w podniosłej chwili pytanie, po co ja biegłam, w jakim celu, za czym i czemu w taki sposób? Przecież ja tego nie chcę!!
Usiadłam na balkonie na Mazurach. Wpatrywałam się w granat nocy spowijającą miasteczko. Gwiazdy na firmamencie mrugały do mnie, lekki wiatr łaskotał we włosach i szeptał. Byłam szczęśliwa. Bez metra, hałasu, komórki, laptopa, tłumu ludzi, zgiełku, chaosu.. I chociaż ta lekko zapyziała miejscowość z ciekawskimi, lekko ograniczonymi ludźmi przybija, to wiedziałam, że to tutaj odnalazłam to, czego poszukiwałam.
Myśli powędrowały ku kopcu Kraka. Tam też niebo było spowite granatem. Tam też byłam szczęśliwa. W miejscu, gdzie jest wszystko prawie idealne, gdzie czas mija po uliczkach leniwie i spokojnie. I zatęskniłam. Zatęskniłam nie za Krakowem, lecz za nim.