niemożliwe

Nie wiem, czy czytaliście wpis, przedstawiający urywek mojej pracy z podstaw ekonomii, kiedy uczyłam się w Policealnym Studium Ekonomii. Dzisiaj chcę przytoczyć wam inną jej część. Pokazać jakimi wówczas środkami dysponowała moja rodzina i szczerze mówiąc zastanawiam się jak przeżyliśmy tę wegetację. Zastanawiam się, czy owa sytuacja nie była snem, fatamorganą i szczypię się w rękę zdumiona, że lwia część mojego życia tak właśnie wyglądała. Zastanawiam się, jakie pokłady siły musi mieć człowiek i skąd je bierze, by przeczekać złe czasy. Nigdy nie zdołałam odkryć źródła naszej chęci przetrwania. Wyboru też nie było wielkiego. Między życiem takim jakim jest, nie było żadnej alternatywy, chyba że w postaci sznura na szyi.

Pracę pisałam w drugiej połowie 2000 roku.

LISTOPAD

Moja trzyosobowa rodzina: ja, mama i brat, utrzymujemy się z alimentów w wysokości 200 zł, a także z zasiłku wyrównawczego mamy – 150 zł oraz z mojego stypendium absolwenckiego – 390 zł.

Stałe wydatki wynoszą:

-energia elektryczna – 50 zł

– gaz – 30 zł

– chemia – 30 zł

– moja szkoła – 110 zł

– dojazdy do szkoły – 50 zł

Ponieważ dochody otrzymujemy w różnych odstępach czasu: dziesiątego, dwudziestego, dwudziestego szóstego dnia miesiąca, większość pieniędzy wydajemy na żywność.

W poprzednim miesiącu pożyczyliśmy pieniądze od cioci, na kupno ziemniaków – 70 zł, w tym musimy jej oddać powyższą kwotę. Trzeba też opłacić ratę kredytu okolicznościowego wzięty na dziadka – 67 zł. Zaciągnięcie kredytu było kiepską decyzją, gdyż wzięłam go w celu wyremontowania kuchni, która nie została odnowiona, a pieniądze rozeszły się na bieżące potrzeby. Na szczęście była to ostatnia już rata.

Po odjęciu wszystkich płatności pozostawało 333 zł. Teraz podzielmy je na 30 dni i wychodzi nam oszałamiająca kwota przypadająca na każdy dzień – 11, 10 zł. Podzielmy teraz ją na trzy osoby i wychodzi nam zawrotna kwota 3, 70 zł. Tyle przypadało na jedną personę. Naprawdę nie wiem, jak zdołaliśmy przetrwać i obywać się przez długi czas bez wielu istotnych rzeczy. Kiedy wracam myślami do tamtych dni, cały czas widzę jak mieliśmy niewielkie pole manewru, na co przeznaczyć pieniądze. Priorytetem zawsze były opłaty i jedzenie. Dramat się rozgrywał, kiedy trzeba było podjąć decyzję, czy wykupić lekarstwa dla mamy, czy środki przeznaczyć na nadchodzące święta, kupić buty czy ubranie. Takich dramatów w ciągu miesiąca zawsze było kilka.

Zazwyczaj siedzieliśmy w cudzej kieszeni. Mama pożyczała pieniądze od rodziny, znajomych, oddawała je, by potem ponownie je pożyczyć. Dlatego nie lubię bywać w takich sytuacjach. Wolę obejść się bez rzeczy, przedmiotów, aby nie wędrować po ludziach, bo to jest przykre i poniżające doświadczenie. Jedyny wyjątek bym zrobiła, aby nakarmić dzieci. Wędrowałabym po ludziach, schowawszy swoją dumę do kieszeni i pukałabym do wszystkich drzwi.

Kiedy jeździłam do szkoły, ściskałam pieniądze na bilet w kieszeni. Miętoliłam je i po chwili rozmyśleń szłam łapać stopa, aby zaoszczędzić pieniądze i oddać je z powrotem mamie. Podróżowałam tak przez dwa lata. Wyjątki robiłam na egzaminy. Z czasem zalegałam już z płatnością za szkołę. Poczłapałam do sekretariatu, by zrezygnować z nauki. Dyrektor stał osłupiały, bo do jej zakończenia zostało tylko pół roku. W końcu wydusiłam z siebie, że nie mam pieniędzy, by kontynuować naukę. Dyrektor kazał mi pisać podanie, że uiszczę wszystko, kiedy znajdę pracę i odbiorę wtedy świadectwo jej ukończenia. Jestem dozgonnie wdzięczna Panu Dyrektorowi. Dzięki niemu skończyłam szkołę, a w wakacje za zarobione pieniądze spłaciłam dług i mogłam cieszyć się dyplomem.

W styczniu 2001 roku nie zarabiałam już żadnych pieniędzy. Grudzień był ostatnim miesiącem mojego stażu. Odejmując znaczący mój dochód, mieliśmy do rozporządzenia kwotę w wysokości 350 zł. To już nie była wegetacja, ale nędza. Nie wiem jak żyliśmy, jak nie pomarliśmy ze zgryzoty. Mimo, że to wszystko przeszłam, doświadczyłam, nadal nie umiem tego ogarnąć i zrozumieć. Dziwię się do tej pory, że można żyć w takim gównie i się z niego wydobyć. Mój mózg wciąż uważa to za niemożliwe.

Kiedy musieliśmy opłacać czynsz, bo ojciec się nie kwapił i powiększał saldo ujemne w spółdzielni, rezygnowaliśmy jeszcze bardziej ze wszystkiego, aby tylko nie zostać wyrzuconym na bruk.

Jak to możliwe, że wbrew logice, braku perspektyw, nieprzychylności losu, w człowieku tli się mimo wszystko nadzieja? Jak to możliwe, że powoli zapominam ten etap i nie umiem docenić tego co mam, ani miejsca w którym jestem obecnie? Jak to możliwe, że po takich kwalifikacjach nie jestem w stanie unikać błędów, ani gospodarniej zarządzać środkami? Jak to jest możliwe?