Bilans życiowych zysków i strat wśród działkowych grządek.

Wystrojona luzacko, w nowych baletkach, pieliłam z zapałem między świeżym szczypiorkiem, a ogórkami. Rwałam zielsko zapamiętale i spulchniałam ziemię. Mogłabym przekopać całą działkę, gdyby nie powrót do Warszawy i obowiązków. W tej zieleninie pomyślałam, jak mi tego brakuje. Nie chwastów, lecz świeżego powietrza, natury, codzienności w małym mieście, maleńkich drobiazgów radujące serce.

Zamieszkanie w stolicy było głupotą. Przyznanie się do błędu wśród grządek, kilkaset kilometrów od wielkiego świata, grzebiąc w ziemi, w końcu wyartykułowało na głos. Uciekłam przed miłością chcianą, skomplikowaną, niedozwoloną. Zrezygnowałam z półrocznego wyjazdu za granicę, kokosów i raju w duszy. Wylądowałam w stolicy, która drażni zmysły. „Co za bigos!” – szepnęłam do wyprężonego dumnie  szczypiorku, robiąc bilans, rachunek sumienia i starając się poprzestawiać priorytety. Z tym ostatnim było trudno. Utknęłam w miejscu, nie mając pojęcia, w którą stronę ruszyć.

Na ten kolejny krok nadejdzie właściwa pora. Najważniejsze, że wykonałam pierwszy. To budujący fakt, jeśli wokół wszystko się sypie.

W ferworze pielenia, pomyślałam, że idiocieję z wiekiem, a kolejna wiosna nie czyni mnie wcale mądrą. Powinnam załamać ręce, że nie umiem wyciągać wniosków na przyszłość i nie potrafię omijać nieprzyjemności. Może to lubię? Być nieszczęśliwą, zatroskaną i jęczącą? Czy tylko to przeważało w mym życiu, że przeważa i teraz? Może to środowisko naturalne znam najbardziej i najlepiej się w nim czuję? Pomyślałam, że to jest chore. A przecież bywały w życiu również piękne chwile.

Jestem zlepkiem cudzych żyć, historii, przemyśleń, zasłyszanych słów, marzeń, wizji. Jestem nieprawdziwa. Jestem podróbką – czarną, pospolitą, kraczącą fałszywie, w rozdziobanych piórkach.

W działkowych chaszczach, pomyślałam, że odpuszczę. Oleję wszystko i wszystkich. Pomyślę tylko o sobie i przywrócę domyślne wartości mego prawdziwego jestestwa.

Będzie ciężko pozamykać pewne sprawy, odgrodzić się od przeszłości, zaakceptować ułomność człowieczą i obmyślić patenty ich omijania.

Muszę to zrobić, wiedząc, że będzie po drodze bolało, ale nie ma innego sposobu, by iść do przodu. A ja jak nigdy dotąd, tego bardzo chcę.