podsumowanie roku 2015

Wierzę w postanowienia, naprawdę. Może słowo nie jest najwłaściwsze. Tak. Już na wstępie osłabia lekko moc sprawczą. Tak to jest z dobrymi chęciami, które po jakimś czasie rozmywają się i ustępują pola innym aspektom egzystencji. Odpowiedniejsze jest słowo droga. Droga, która wytycza trasę z punktu A do punktu B. Jeśli odpowiednio się przygotuje i nastawi do pokonania kursu, to zamierzony cel uzyskuje się szybko i bez komplikacji. Chyba, że na drodze są korki, zmiana ruchu lub wymiana nawierzchni. To parafrazy życia rzucającego kłody pod nogi. Nieoczekiwane zwroty akcji, które komplikują przebieg trasy i zwalniają tempo na prędkościomierzu. Cierpliwie i żmudnie pokonuje się kolejne kilometry do punktu docelowego.

Jeśli na szlaku włączy się beznadziejny GPS, ma się gwarancję nadłożenia drogi. A to kosztuje. Zwiększa się zużycie paliwa, jedzie po kocich łbach, zużywa opony i zawieszenie. Nęci obietnicą kokosów amortyzacja. Tylko czy nakład pracy, poświęcony czas, przeżyty stres, rzeczywiście się zwróci?

A co, jeśli zawierzy się topograficznej pamięci w okolicach, gdzie nie było nas kilka lat i przestrzeń wzbogaciła się o nowe centra handlowe, wybudowane osiedla? Zwodnicza pewność siebie, poprowadzi na manowce, zagubienie. Trzeba zawrócić, nadrabiać straty, odrobić zaległości. Podobnie sprawa wygląda jak da się ponieść chwili, momentowi. Uniesienie pozbawia dalekowzroczności.

A jeśli się stchórzy? Zostanie się w domu, w czterech ścianach i patrzy na magistralę z okna swojego pokoju? Nie podjęcie próby, by wyjść ze swojej strefy komfortu, tworzy obłudę światowego życia, omamy dostatku i wygody.

A co się dzieje, kiedy kierownicę odda się komuś innemu? Mając przeświadczenie, że ktoś uwzględni priorytety pasażera siedzącego obok? Wiara w tym wypadku podkreśli czyjąś głupotę, że zawierzyło się życie, plany, osobie, która ma to w głębokim poważaniu. Nim się człowiek spostrzeże, staje się nic znaczącym pionkiem na autostradzie, pozbawionym wpływu na własne wybory.

Najlepiej jest przejechać szlak bezkolizyjnie, bezproblemowo, w okamgnieniu, osobiście. Życie i zależności międzyludzkie wpływają, i to mocno, na drogę marzeń. Lecz to nie zwalnia z podjęcia próby, by starać się osiągnąć szczyty. By uszlachetniać charakter, poprawiać jakość życia, zmieniać zastaną rzeczywistość, budować bezpieczną przystań. I nieważne, czy stworzy się tablicę marzeń, zapisze się karteczki z celami, wypełni drobnym makiem plannery, odpali aplikację, by wspomóc swoje działania i motywację. Ważne są starania, by te cele osiągać.

Często stworzony koncept chce się uzyskać od razu. Natychmiast. Zapomina się, że niektóre plany wymagają rozłożenia w czasie. Czasami trzeba cierpliwie czekać na efekty działań. By się nimi cieszyć, najpierw trzeba zjeść po kawałku swojego słonia, o czym pięknie napisała Basia z Pociągu do życia.

Podsumowując miniony rok, rozczarowałam się swoją osobą. Nie ustaliłam wysoko poprzeczki i postawione cele powinny być osiągnięte choć w połowie. Może jestem dla siebie za surowa? Może nie doceniam włożonej pracy? Może liczyłam na 110% wykonanego planu? Może za mało z siebie dałam i nie postarałam się bardziej? Towarzyszyło mi niezadowolenie z rezultatów. Ale po przeczytaniu słów Basi na jej blogu i Roberta pod postem na Facebooku ” Życie.. Jedno się uda, a drugie macha na do widzenia, ale nie na pożegnanie. Subtelna różnica.”, zrozumiałam, że jestem na dobrej drodze tego, co chcę uzyskać.

W tej drodze towarzyszy również Przyszły. I jego osoba również ma wpływ na to jak ona wygląda. Czasami dochodzi między nami do różnych kolizji i stłuczek. Mamy róże oczekiwania, potrzeby i punkty widzenia na nasze sprawy. Mamy różne strategie działania. Ja rozkładam na czynniki pierwsze problemy, osiąganie celów, a on omawia tylko te, które nie skłaniają do wyjścia poza strefę komfortu. Rozumiem jego argumenty, ale uważam, że nie powinny one być zasłoną dymną do zaniechania. Złoszczę się, bo chciałabym szybkich zmian. Czasami myślę, że mogłabym to wszystko mieć w nosie, bo nie lubię, gdy ktoś jasne oczywistości, nie dostrzega w takim samym tempie jak ja. Ale nie mam, bo wiem, że Przyszły dojdzie do tych samych wniosków co ja, tylko w późniejszym czasie. Mimo, iż część problemów są spadkiem po jego kawalerskim życiu, nie potrafię ich zostawić wyłącznie na jego barkach. Jesteśmy razem i wierzę, że wspólnymi siłami uda nam się osiągnąć to o czym marzymy.

Bywa różnie, jak to w związku, ale uważam, że ten rok pod względem naszych relacji był udany. Myślę, że kłopoty, mój pobyt w szpitalu i rekonwalescencja, romantyczne chwile w kuchni (przy akompaniamencie dezaprobaty Bulby), umocniły nasz związek jeszcze bardziej, co nie oznacza, że nie miewam ochoty Przyszłego wysłać czasami na księżyc.

Jako matka wydaje mi się, że wciąż zawodzę. Ciągle widzę zawód w oczach mego dziecka, kiedy przedkładam jego potrzebę zabawy nad napisaniem posta na blogu, czy innej działalności z nim związanym. Biję się z myślami i wyrzutami. Nie wierzę krzewicielom idei, że da się rolę blogerki i matki pogodzić. Jest się z doskoku, tu i tam. Jeśli się skupiam na blogu i daję wolną rękę Bulbie, to dom wygląda jak po wybuchu bomby atomowej, a telewizor jest rozgrzany do czerwoności. Kiedy skupiam się na niej, to na blogu nie dostarczającym nowych treści wieje pustką, ciszą, a czytelnicy uciekają w inne rejony internetu. Wtedy zaczynam znowu wszystko od nowa.

Nauczyłam się odrywać od komputera, ale nie umiem definitywnie jego wyłączyć. Boję się, że moje dziecko będzie miało, ze wspólnych chwil spędzonych razem, wspomnienia o mamie przyklejonej do monitora. Zachwiane priorytety i jedna kłótnia z Przyszłym o bloga, zmuszają mnie do zastanowienia się, czy warto ryzykować szczęście rodzinne z potrzebą prowadzenia bloga według narzuconym trendom? Bo zarywanie nocy, by pogodzić te oba światy nie są dobrym rozwiązaniem.

Mam wspaniałą córkę. Piękną, mądrą, za chwilę trzyletnią. Kocham ją najbardziej na świecie i chcę być dla niej lepszą mamą.

Ten rok będzie kontynuacją roku poprzedniego. Będzie też rokiem szukania równowagi i zachowania umiaru. Ustawienia na nowo priorytetów, które się zdewaluowały. Uświadomiłam sobie, że mogę wybrać najlepsze rozwiązania dla siebie i mojej rodziny, jak i częściej poddawać weryfikacji  zasadność podejmowania pewnych kroków.

Żywię nadzieję, że Przyszły w tym roku rozwinie skrzydła i razem zakończymy stare sprawy, by móc budować podwaliny kolejnego etapu wspólnej przyszłości.

  • Spełnienia postanowień na ten rok 🙂 Pozdrawiam

  • Wyjście ze strefy komfortu zawsze jest trudne i każdy musi samodzielnie zrozumieć, że warto poza nią wychodzić. A wyjść warto ponieważ to właśnie wtedy człowiek najwięcej się dowiaduje o sobie i o tym co może osiągnąć jeśli tylko chce.

    • Właśnie i myślę, że Przyszły powinien to przeczytać. Subtelnie mu podrzucę Twoje słowa 🙂

  • Hm 🙂 nic Ci na ten temat nie powiem, nie mam 3 latki w domu – wytrwałości Ci życzę 🙂

    • Dziękuję 🙂 Przyda się 🙂

  • Po pierwsze. Kategorycznie żądam wykreślenia z Twojego wpisu słów :”rozczarowałam się swoją osobą „. Nie zgadzam się z tym! Każdy sobie stawia jakieś cele, ale nie jesteśmy robotami, które mają wyrobić jakąś normę. Spójrz na to co osiagnelaś w tym roku i na tym się skup. Ja patrząc na te moje słonie mogłabym stwierdzić, że niewiele zdzialałam. A jednak uważam, że to był dobry rok. Jeśli chodzi o czas poświęcony na blogowanie mam podobny problem. Ale widząc Twoje działania na fb jestem pod wrażeniem intensywności. Właśnie ostatnio miałam takie przemyślenia, że to właśnie fb jest największym zjadaczem czasu. Ogromnym. Nie wiem czy warto aż tyle czasu mu poświęcać. Niby bloger powinien istnieć w mediach społecznościowych, ale… no właśnie, czasu nie da się rozciagnać. A w necie czas biegnie 3 razy szybciej. Czasami wręcz mam wrażenie, że zatracam się wirtualnie. Chyba sobie jakoś ograniczę pobyt w necie,bo cierpi na tym mój Mężczyzna i moja organizacja czasu. Może raz w tygodniu szlaban na internet? Takie wyzwanie. Przylaczysz się. 😉 Aha, nie daj sobie wmówić, że jesteś niedobrą matką i sama nigdy tak nie myśl. Jesteś najlepsza. Nawet jeśli nie jest tak jak powinno być wg. wzorców wymyslonych przez innych ludzi. A porównanie życia do drogi przepiękne. Uf. Długi ten komentarz. 🙂

    • Po prostu uważam, że stać mnie na więcej. Mam na tyle trzeźwy umysł, że zauważam, iż pewnych spraw nie da się przyspieszyć. Niemniej myślę, że daję ciała, gdy moja córka ciągnie mnie za rękę, siłą odrywając palce od klawiatury. Ja się denerwuję, bo chcę coś skończyć, a w jej oczach widzę niezrozumienie i rozczarowanie, bo cóż może być fajniejszego niż zabawa w chowanego. I to mnie dobija. Te uczucie.
      Nie znalazłam przez ponad rok czasu złotego środka. Albo jestem ułomna albo źle zorganizowana. Nie wiem. Najwidoczniej gdzieś popełniam błąd.
      Tak FB jest sporym pożeraczem czasu. Dostrzegam, że nie potrafię obojętnie mijać komputer. Twoje wyzwanie biorę sobie do serca 🙂 Już raz tak spróbowałam przed świętami i przeżyłam 🙂
      Myślę, że w końcu uda mi się uzyskać równowagę.
      Nie mogę mieć problemów z balansem. Toż nikt w blogosferze z tym kłopotu nie ma. Nikt nie stoi w rozkroku. No chyba, że internety kłamią 😉

      P.S.
      Uwielbiam długie komentarze :*

      • Próbuję sobie wyobrazić scenę, kiedy jesteś w trakcie pisania, wena weszła na wyżyny możliwości, słowa wręcz same spływają z mózgu na palce, a te w cudnym rytmie wystukują je na klawiaturze. Wchodzisz w tak zwane flow. Czujesz się zespolona z tym co piszesz, wchodzisz w inny świat… a tu nagle…
        -mamooooo, choć pobawimy się w chowanego! – albo jakoś tak.:-)
        Na widok tej słodkiej kochanej buźki serce Ci się kroi. Przez chwilę masz dylemat co lub kogo wybrać. Jedną nogą jeszcze jesteś w tym co pisałaś, ale wiadomo, że wygra córeczka. Idziesz bawić się w chowanego. I bawisz się. Tylko czy myślami jesteś z córką czy tam. Ja bym była tam. 🙂 I niby bym się bawiła ale myśląc o tym co pisałam. Nie wiem jak to rozwiązać. Ja Cię rozumiem. I niemożliwe, że nikt nie ma z tym kłopotu. Internety kłamią. 😉

        • Trafnie to opisałaś. Dokładnie tak jest! Skąd wiedziałaś?!
          Kochana. :* Ty mnie rozumiesz jak nikt inny. 🙂
          Też podejrzewam, że internety kłamią. 🙂

          • Bo podobne uczucia towarzyszą mi kiedy ktoś lub coś mnie odrywa od pisania. 🙂 Wprawdzie nie jest to małe ukochane dziecko, bo dzieci mi już wyrosły, ale rozumiem Cię doskonale. 😀

          • Dobrze wiedzieć, że ktoś inny ma podobne odczucia, bo czasami mi się wydaje, że mam urojenia w głowie 🙂

  • Czytając Twój wpis miałam wrażenie, że jest bardzo nostalgiczny, jakby szeptany gdzieś w cichej kawiarni nad kawą:) Życzę Ci większego docenienia siebie i swoich sukcesów, bo pewnie były nie małe, warto pamiętać to co się zrobiło dobrze, a to co się nie udało stanowi genialną nauczkę i lekcję, z której można się dużo nauczyć:)

    • Dziękuję Ci za wspaniały komentarz 🙂
      Moje wpisy powstają na kuchennym stole z zimną kawą, między zabawą z dzieckiem a gotowaniem zupy 🙂 Ach ta magia internetu! 🙂
      Twoje słowa biorę sobie mocno do serca. Dziękuję :*

  • Sposób w jaki piszesz jej tak rozbrajająco szczery, a od Ciebie bije takie ciepło, że aż mam ochotę Cię przytulić. Szczególnie jak czytam ,,rozczarowałam się swoją osobą”. Jestem pewna, że jesteś wobec siebie zbyt krytyczna. Ale życzę Ci, żeby w 2016 udało Ci się podnieść poprzeczkę na tyle wysoko, żebyś w 2017 z czystym sumieniem mogła powiedzieć, że nie jesteś sobą rozczarowana, ale z siebie dumna. Trzymam kciuki też za to, żebyś znalazła rozwiązanie, które pomoże Ci pogodzić prowadzenie bloga i dbanie o rodzinę. Dasz radę 🙂

    • Dziękuje za przepiękny komentarz 🙂 Aż mi brak słów.
      Jestem krytyczna wobec siebie, ale takie mam odczucia i nic na to nie poradzę. Na osłodę cieszę się drobnymi sukcesami i pracuję nad celami, które zaniedbałam, bo tak naprawdę zeszły w tamtym roku na dalszy plan. W tym wszystkim dobre jest to, że mam szansę nad nimi pracować 🙂
      Dziękuję za miłe słowa, które mocno mnie podbudowały 🙂 Wiem, że dam radę 🙂 Nie ma innej opcji 🙂