Jutro mija termin porodu, a mała wcale się nie wybiera na ten świat. Tak jest jej dobrze w brzuszku. Zaczynam się stresować faktem kończącego się wkrótce L4. Nie uśmiecha mi się stać w kolejce, ściskając numerek w dłoni, wśród zakatarzonych ludzi i wirusów grypy, tylko po to, by zdobyć zwolnienie lekarskie.

Zatem za kilka godzin, o przyzwoitej porze, zacznę chodzić po schodach mając nadzieję, że w ten sposób pobudzę córkę do działania. Zdaje mi się, że nic tym nie wskóram, bo intuicja mi podpowiada, że mała ma charakterek. Zgadnijcie po kim 🙂
Trudno jest mi uwierzyć, że tak szybciutko zleciał ten czas. Prawie wszystko nam się udało zrealizować przed urodzeniem córki. Zostało kilka spraw, które mój ukochany zamierza zrobić, jak będę w szpitalu. Ja tam w stanie euforii nie nadawałabym się do klejenia tapety w kuchni, nie wspomnę o wielu czekających go formalnościach urzędowych 🙂 Zobaczymy, jak mu to wyjdzie.
Moje wzdęcie, które okazało się ciążą, rozrosło się do gigantycznego rozmiaru. Nie mieszczę się już w łazience. Ocieram się brzuchem o framugę drzwi. Sapię i dyszę zdecydowanie donośniej niż miesiąc temu i się toczę mało dostojnie z punktu A do punktu B. Robię komiczne rewolucje przewracając się z boku na bok, które czasami doprowadzają mnie do szału. Jest mi już po prostu ciężko. Zniecierpliwienie sięga zenitu, kiedy muszę się przetoczyć, dotoczyć po telefon, ostatnio ciągle barabaniący, a to zajmuje mi sporo czasu, by wszystkim zainteresowanym powiedzieć, że jeszcze nie urodziłam. Te telefony doprowadzają mnie już do furii i skłaniam się do zakopania komórki w ogródku.
Ciąża jest błogosławionym stanem, bogate w dobrodziejstwo pod postacią nieoczekiwanych beków, pierdów i wypróżnień. Ma się wówczas naukowe potwierdzenie, że jest się istotą fizjologiczną, a nie smukłą, romantyczną nimfą. Dlatego zaniechałam wszelakie próby udowodnienia, iż jestem zwiewnym elfem na łące.
Zadziwiający jest fakt, iż memu ukochanemu jawię się jako zjawiskowa królewna. Doprawdy nie wiem dlaczego 😉