Rok temu o tej porze miałam urodziny. Tego dnia moja siostra umierała.

17 listopad 2019, Warszawa.

Szesnastego listopada. Rok temu o tej porze miałam urodziny. Pamiętam, że to był piątek.

Pamiętam zmęczenie ciała po całym dniu. Ciepła woda pod prysznicem przyniosła mi lekką ulgę i ostatnie pokłady energii, które miały mi pomóc okiełznać wciąż brykającą po mieszkaniu córkę. Wyszłam z łazienki w chwili, kiedy rozległ się dźwięk dzwoniącego do mnie telefonu. Dochodziła godzina 22. Spojrzałam zaskoczona na komórkę. Numer był z Zakładu Opiekuńczo – Leczniczego. Pomyślałam, że moja siostra ponownie złapała paskudnego wirusa, który przy stwardnieniu zanikowym bocznym, zawsze był przyczyną wezwania karetki i oznaką dłuższego pobytu w szpitalu. Odebrałam telefon i usłyszałam: ” Proszę przyjechać do siostry. Jest źle. Ona odchodzi.”

Biegałam po mieszkaniu bez celu. Z drżącymi dłońmi. Głosem, który coś nieskładnie mówił i się załamywał. Za mną biegała zdenerwowana i płacząca córka.

Przebrałam się i pośpiesznie suszyłam włosy. Czekałam na teściową. Kiedy przybyła, wsiadłam do samochodu. Narzeczony wiózł mnie po opustoszałych ulicach. Ulicach, które przemierzałam tak często, że mogłam je przejść z zamkniętymi oczami. W moim ciele pulsował strach, który momentami przeobrażał się w panikę.

Dojechałam na miejsce. Już na mnie czekano. Weszłam do budynku i wjechałam windą na drugie piętro. Wyjątkowo panowała wszędzie cisza.

Weszłam na salę. Mój wzrok spotkał się ze spojrzeniem współlokatorki siostry. Ona również przez swoją chorobę nie mówiła i miała zniewolone ciało. Na twarzy zawsze miała wymalowane zmęczenie i zobojętnienie na otaczającą rzeczywistość. Ale w tym momencie, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, jej wyraz oczu był przejmujący. Świadomy. Wiedziała w jakim jestem tu celu. I co się w pokoju rozgrywa.

Ilość rurek podłączonych do ciała siostry się nie zmieniła. Delikatnie oświetlenie sali nie ukryło półprzymkniętych powiek, wywróconych gałek ocznych i braku świadomości. Ten widok był przerażający. Ale to charczenie wydobywające się z ust mroziło najbardziej.

Powoli dochodziło do mnie, że to jest już koniec. Dotarło do mnie, że długi czas trwania choroby siostry, ani świadomość, że jej kresem jest śmierć, nie przygotowało mnie na pożegnanie.

Usłyszałam głos lekarki: „Nie wiadomo, ile to potrwa.”

Strumień żalu, rozpaczy, bezradności i niesprawiedliwości zalało moją twarz.

Dzisiaj są moje urodziny.

Głaszczę włosy na głowie i ściskam dłoń siostry szepcząc na głos raz po raz: „Już dobrze. Już dobrze. Już dobrze.” Magiczne dwa słowa, które mają zniwelować wyrządzone krzywdy, przynieść akceptację i ulgę.

Między „Zdrowaś Maryjo” a „Ojcze nasz” informuję brata oraz byłego męża siostry o zaistniałej sytuacji. Nie dzwonię do mamy. Nie mam sił, by ją powiadomić.

Z niemocy, że pozostaje tylko czekanie i towarzyszenie, proszę koleżankę siostry, zakonnicę, by się o nią modliła.

Po kilku godzinach mówię siostrze, że może odejść. I żeby się nie martwiła. Że damy sobie radę.

Świta. Zmienia się zmiana salowych i pielęgniarek. Zaglądają przygaszone do sali. Poprawiam się na krześle i podciągam koc. Mam spuchnięte powieki od płaczu i nieprzespanej nocy.

Patrzę na siostrę, a ona otwiera i zamyka oczy. Znowu otwiera. Mówię do niej cześć. Nie kojarzę, co się właściwie dzieje. Wchodzi akurat lekarka i zdumiona krzyczy: „Justynka!” Bada ją i sprawdza parametry. Nie dowierza. Mówi: „Ktoś musiał Tobie wymodlić ten cud”.

Rozmawiam z siostrą.Niby wiemy co się stało, ale jakby nie do końca. Obie wyglądamy jakbyśmy wróciły z nierealnej podróży.

Wracam do domu. Myję zęby, wchodzę pod kołdrę i .. I nie, nie płaczę. Przeraźliwie łkam. Wszystkie skumulowane emocje wypływają niepohamowanym szlochem, strumieniem żalu.

„Tato, co się dzieje z mamą?”

„Mama musi się wypłakać.”

Daję sobie po raz pierwszy przyzwolenie na słabość.

Spędzam w łóżku dwa dni, przeraźliwie łkając.