Ruber. Przemijanie, śmierć, nieśmiertelność.

Brakuje mi czerwieni na tle żółtych, brązowych liści. Rozczarowanym wzrokiem poszukuję dynamiki. Ekspresyjnie wywinięte kształty, nie zadowalają zachłannego wzroku. Brakuje mi impresyjnego rozmachu w jesiennym dywanie krajobrazu. Śladów pędzla, w całej gamie możliwości, pobudzającego koloru. Ruber.. Spojrzenie zatrzymuję na jarzębinie, okalającej nagie gałęzie. Drobne kiście sprawiają, że trwam w zachwycie. Przede mną rozpościera się osiedlowa namiastka lasu, skąpanego w listopadowym słońcu. Z radością zgarniam z ziemi chlorofilowe bogactwo, które wysoko wyrzucam nad głowę. Część z nich muska moje włosy w amarantowych refleksach gwiazdy, świecącej najbliżej Ziemi.

Nieśmiertelne refleksy upadły też na marmurowe płyty wspomnień. Jakie to dziwne, że na nagrobkach przemijania, rozgościły się barwy życia i witalności. Ruber – czerwony.. To znak, że po drugiej stronie też jest życie?

W refleksyjnej zadumie zastanawiam się, czy świat będzie choć trochę uboższy, kiedy zamknę oczy na zawsze?

Boję się, że w ostatniej godzinie tlącego się we mnie życia, zdam sobie sprawę, że wcale nie żyłam. I boję się jeszcze.. Boję się ostateczności.