Myślałam, że wszystkie odcienie samotności doświadczyłam. Jakże się myliłam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że największa, która powali mnie na kolana i roztrzaska moje jestestwo na tysięczne kawałki, będzie ta doznana w czterech ścianach. Ta samotność wysysa ze mnie wszelkie przejawy walki o to, co było i powinno być.

Wydawało mi się, że znam tę ukochaną twarz. A jednak nie.

Siedzę sama. Towarzystwa dotrzymują mi tylko senne westchnienia córki i stukot klawiatury. Jego nie ma. Wyszedł i nocuje poza domem. Pierwszy raz odkąd jesteśmy razem. Zrobił to, o czym sama od dawna marzyłam, ale brakowało mi odwagi, by wyjść z domu, pozostawiając za sobą jedynie dźwięk trzaśniętych drzwi.

Los spłatał mi figla i gra drwiąco na nosie, rechocząc ze śmiechu, do rozpuku, z żartu jaki mi zafundował. Moje zmęczenie, zużycie się, zawsze górowało nad tym, by jednak trwać na posterunku ogniska domowego, od którego najchętniej wzięłabym kilka dni wolnego.

Jestem samotną matką i samotną kobietą, o ironio, będąc w związku.

Zapijam swoje smutki w niemieckim alkoholu, czyniąc stan zaistniały jeszcze bardziej żałosny.

Ale to nie promile mówią mi czego oczekują od życia. To moje pragnienia i oczekiwania. A one nie są wygórowane. To partnerstwo, dzielenie się obowiązkami, wspólnie spędzony czas we dwoje i troje, wzajemne uzupełnianie się, rozmowy, wspólne posiłki, wspólne cele, plany, które odzwierciedlają obopólne pragnienia, pozbawione wpływów osób trzecich. Tyle.. Chyba zbyt dużo.

Uważałam, że dla dobra dziecka jestem w stanie poświęcić wszystko. Tylko kiedy ma się na uwadze szczęście dzieciny, znikasz. Jak kropla rosy w promieniach słońca.

Wyobcowanie objęło patronat nad moją teraźniejszością, która mija w asyście braku słów.

Nie spotykam jego w połowie drogi.

Jaka będzie przyszłość? Jak coraz częściej wkrada się myśl, że mi już nie zależy?