Rok, który minął bezpowrotnie, był dla mnie obfitujący w wiele ważnych wydarzeń.

Zakończenie niekończącej się historii pewnej miłości. Roczek siostrzenicy. Ukończenie kursu wychowawcy kolonii. Ostatni wyjazd do pracy za sąsiednią miedzą. Zmienienie mieszkania oraz pracodawcy w Warszawie. Rozłam w kilku znajomościach towarzyskich. Nasilające się problemy zdrowotne. Sceptyczne poszukiwania drugiej połówki. Trzydziestka. Spędzenie Świąt Bożego Narodzenia za granicą.
Rok uśpienia, zniechęcenia, zbierania sił, przeplatane optymizmem, energią. Podsumowując nic spektakularnego. Najgorsze jest to, że w kilku aspektach utknęłam w tym samym miejscu. I to jest wkurzające.
Nie najmilszym zadaniem jest toczenie, na odległość, batalii z rodzicielem o mieszkanie, od kilku lat. Jestem tym znużona wielce. Ani drgnie. Jak już się wydaje, że coś drgnęło, to tylko mi się wydawało.
Zmaganie się z niekompetencją pracowników spółdzielni mieszkaniowej. Założyłam z tego tytułu oddzielny segregator  o prawie spółdzielczym.
Do tej powtarzalności i niezmienności trzeba dodać moje chęci powrotu do rodzinnego miasta, chęci studiowania, które pozostają od kilku lat chęciami. To koszmar. Utknęłam gdzieś na drodze, gdzie nic nie jedzie i się nie zatrzymuje.
Potrzebuję wybuchu, by coś się w tej kwestii zmieniło, bo eksploduję ze złości. Oczywiście dziewięćdziesiąt dziewięć procent zmian, zależy ode mnie. Ze zdwojoną mocą i niemocą wychodzi mi to różniasto. Jest jak na terenie po skażeniu atomowym, gdzie dojrzewają jabłka niezdatne do spożycia. Aby nie porwać się utyskiwaniu, muszę szukać w tym rozpaćkanym gównie pozytywów.
Przede mną kurs animacji czasu wolnego. Poprawne życie rodzinne. Brak choroby śmiertelnej dla życia. Pomalowany pokój na morelę. Posprzątana piwnica na Mazurach. Brak kredytów. Sting. To wszystko toruje drogę, sceptycznej pani w średnim wieku, ku afirmacji życia. Jej życia.