siłaczka w winogronach

To ja – siłaczka w winogronach. Zostałam nią, mimo marnej postury i chudziutkich nóżek. Mimo, że o to nie prosiłam. Zostałam siłaczką, bo byłam najstarsza. 

Wiesz jak sadzi się winogrono, by urosło piękne i dorodne? Ma obok drewniany lub metalowy palik, po którym się pnie w górę. Czasami winogrono oplata się wokół niego, wrasta. Wygląda to tak, jakby wysysało z niego wszystko co dobre. Kiedy winogrono wypuszcza liście, zawiązki owoców, zasłania jego całkowicie. W gąszczu zieleni zapomina się, dzięki czemu winorośl się rozrosła, a cały podziw przeznaczony jest zieloności pędów i różowości grona. Ja też byłam takim palikiem. Palikiem od wspierania. Parasolem ochronnym.

Czy żałuję? Czasami tak.

Cieszę się szczęściem bliskich. Jestem spokojna o ich los. O to przecież chodziło. Tylko w pewnym momencie zostałam sama. Niepotrzebna. To oni tworzyli epicentrum mego wszechświata.

Nie przypuszczałam, że to zadanie pochłonie tyle energii i zapału. Nie sądziłam, że będę musiała odłożyć większość swoich marzeń. Zrealizowałam tylko ich ułamek.

Czy się poświęciłam? W pewnej mierze tak. Ale nie mogłam inaczej zareagować na zastaną rzeczywistość. Musiałam być odpowiedzialna za innych. Za tych, co nie potrafili udźwignąć odpowiedzialności. Za tych, którym było bez niej wygodniej żyć.