Sinusoida życia. Nic nie przesłoni miłości dla tej dwójki, dla której ugotuję dziś obiad.

Zrobiłam sporą przerwę w nadawaniu. Gdybym była sprytna, utworzyłabym kilkanaście wpisów naprzód i publikowała je jak robot z automatu. Ale sprytu mi takiego brak, jak i zapobiegliwości, by uchronić się przed spadającymi statystykami. Jak widać nie potrafię prowadzić strategii na blogu. Za to blog jest odzwierciedleniem mej sinusoidy życia. Teraz unoszę się na powierzchni mrocznego średniowiecza, które zdominowało moją duszę. Nic na to nie poradzę, że miewam w życiu takie chwile. Zamiast się boksować z mrokiem, czekam, aż sam sobie pójdzie w diabły.

Liżę swoje rany i przemyślenia w samotności, nie uzewnętrzniając ich światu, choć zawsze je przelewałam tutaj bez problemu. Co się stało? Pomijając czasowy brak weny, zniechęcenie do prowadzenia dalszej blogowej działalności, problemy osobiste i zdrowotne, doszedł kolejny – cenzura. To, że czyta mnie więcej osób, w tym i rodzina, sprawia, że brakuje mi odwagi pisać, co tak naprawdę mnie uwiera i  zaczynam zastanawiać się nad wygładzaniem swych wynaturzeń. Afera blogowa rozejdzie się z czasem po kościach, ale w kręgu rodzinnym może doprowadzić do wybuchu bomby atomowej, której skutki doprowadzą do nieodwracalnych zmian. Za cenzurą przywlókł się znienacka nakaz zmiany tekstu. Po namyśle doszłam do wniosku, że tylko nakaz sądowy może mnie do tego zmusić. Bo to jest mój kawałek podłogi, za który zapłaciłam, z własnej kieszeni. No chyba, że będzie to wpis sponsorowany, za którą dostanę bajońską sumę. Każdy takie poletko może mieć i uprawiać wedle swojego uznania.

Boczę się na Przyszłego. Za te pierogi, których nie chciał sam ugotować w garnku, bo oczekiwał, że mu je podam przed jego obliczem, smakowite na talerzu. Normalnie po kilku dniach, bym się chichrała z tej kłótni i opowiadała ją jako anegdotę przy świątecznym stole, ale coś we mnie pękło i wcale nie jest mi do śmiechu. Jako matka na pełnym etacie nie mam prawa być zmęczona. Zawsze muszę być w pełni dyspozycyjna, tu podać, tam wynieść, tu zrobić, tamto załatwić. Przecież ja i tak nic nie robię, a zresztą przy jednym dziecku się nie urobię, mając na stanie jeden pokój i kuchnię. Bo nikt nie widzi jak się użeram z własnym dzieckiem o to, by się przebrało z piżamy w przygotowane ubrania. Jak latam i wymyślam zachęcające historie, by zmieniło odzienie. Ale te małe stworzenie, uparte jak osioł, ma swoją wizję. I mam do wyboru: ubieranie na siłę przy wrzasku i płaczu z żalu lub przekupstwo słodkim przysmakiem i wizją zabawy na dużym placu zabaw. Pierwsze rozwiązanie kreujące mnie na potwora, jak i drugie, które nie robi już wrażenia na dziecku, zaczęłam odpuszczać. Zaprzestaję dla swojego zdrowia psychicznego, które jest w stadium szczątkowym, jakichkolwiek działań. I tak wczoraj, jak i dzisiaj Bulba hasa w piżamie. I tak dzień w dzień jest to samo, tylko anturaż i powody są inne. Przecież to taka łatwizna! Jak ogarnianie mieszkania. Tylko kto widzi, że berbeć podąża za mną i za ścierką, i sabotaż uprawia. Tam rozrzuci, tu nakruszy, tu wysypie, tam przywlecze i porzuci.. Po całym dniu uprawiania partyzantki z własnym dzieckiem, koniec końców mój wysiłek kończy się w tym samym miejscu – w pierdzielniku. Zapraszam bardzo do siebie. Ja z chęcią wyjdę na cały dzień z domu, podziwiać panoramę i uroki dużego miasta.

I Przyszły, który nie rozumie, że rzygam, rzygam tą moją codziennością, w której jest coraz mniej blasków, a więcej cieni, w ciemnym pokoju. Bo jestem przydeptana, stłamszona wszystkimi obowiązkami, które powinnam z palcem w nosie ogarniać w pięć minut. Bo to ja jestem tą od wychowywania dziecka, od umawiania wizyty u lekarza, od odziania, od nakarmienia, od przywleczenia zakupów, od spacerów, od kombinacji finansowych, od wybierania przedszkola, od chwil we dwoje. I jak tak się zastanowię, to nawet od wyrzucania śmieci. I w tym tandemie, to widzę tylko jedną osobę zawaloną po łokcie obowiązkami.

I to wyjście do kina, w zrywie niepodległościowym, reanimującym dawne kiedyś i więź dwojga ludzi, które przykryło długotrwałe zmęczenie. I zmęczonymi oczami patrzysz na ukochaną osobę i czekasz, aż weźmie cię za rękę jak wtedy na Mazurach, i spojrzy na ciebie, kiedy na tym świecie byliście tylko we dwoje. I dostrzegasz, że to wyjście jest spóźnione o dwa lata. I te tulipany, które cieszą tylko przez chwilę, bo wręczone po twym jednodniowym przypominaniu o święcie. A marzysz o bodaj suchym badylu, podarowanym z niewymuszonych chęci i pamięci tych kilku dat w kalendarzu.

Czy nie dostrzegam jego starań? Ależ oczywiście. I doceniam je bardzo. I czas, kiedy mnie wspierał w trudnych chwilach. Ale czy to wystarczy na kolejne lata? Czy to zapewni stałość i niewzruszoność tego związku? Cały czas trzeba te podwaliny pielęgnować. Zgubne może się okazać myślenie, że to co jest dane, dane jest na zawsze. Nie mam ochoty wciąż czekać. Czekać, aż po rocznym wałkowaniu tego samego tematu, do zarzygu, zmieni swój tok myślenia dla naszego dobra.

Tak. Jestem egoistką. Odkąd mam swoją rodzinę, to ona jest dla mnie najważniejsza. Nie moja ciotka, mama, brat, kuzyn. Tym najbliższym osobom: Bulbie i Przyszłemu, chcę zapewnić i dać wszystko. I nie ma co się dziwić, że kierunek działań skierowany jest ku nim. Mam własną rodzinę. I na jej dobru zależy mi najbardziej. Nie jestem samotną Kingą, która kiedyś rzucała wszystko i gnała na ratunek innym. Od trzech lat, odkąd urodziłam Bulbę, mam zupełnie inne priorytety. I dlatego wszystko robię, żeby uporządkować nasze sprawy, poskromić finanse i budować wspólną przyszłość. Spełniać swoje marzenia o domku, niezależności i budowania życia wedle swojej koncepcji, a nie czyjeś. A ta droga jest wyboista, bo życie wciąż rzuca kłody pod nogi. I chichocze, grając na nosie na widok zatroskanej twarzy. I funduje leczenie u dentysty, wycenione w tysiącach, zepsuty czajnik i odkurzacz. I kiedy udaje się już coś wyprostować, to wyskakują inne okoliczności przyrody.

Czy nie doceniam tego, co już mam? Doceniam. Bardzo. Ale to, co było dobrym i wystarczającym rozwiązaniem trzy lata temu, nie jest na dzień dzisiejszy. Zmieniły się potrzeby, rozrosły się i to one powodują działania do zmian, moje rozdrażnienie, bo czuję, że stoję w miejscu.

W tyle głowy czają się myśli, w ilu procentach jestem narażona na stwardnienie? Dwa przypadki w rodzinie: u mamy – stwardnienie rozsiane (SM), u siostry – stwardnienie zanikowe boczne (SLA) nie napawają mnie optymizmem. Ile w moim ciele krąży dobrodziejstwa tych dwóch odrębnych jednostek chorobowych? Czy moje dziecko jest na nie narażone? Zastanawiam się, na ile mój ojciec przyczynił się do odpalenia tych chorób? Każde wypadnięcie łyżki z mojej dłoni powoduje niepokój. A one jak na złość wypadają jedna za drugą, na podłogę.

I czuję do siebie żal, że nie mogłam bardziej pomóc swojej mamie. I rezygnację, że nigdy z moja siostrą nie stworzę siostrzanej więzi. I powinnam wysłać ojcu list gratulacyjny, bo przez tyle lat skutecznie rozpieprzył rodzinę.

Jakże tu się przyznać, że z siostrą łączy mnie znajomość podobna do znajomości dwóch pracowników pracujących dla tej samej firmy, w dwóch oddziałach, na dwóch krańcach Polski? Ogarnia mnie śmiech, jak ktoś mi mówi, że jestem najbliżej niej. Jestem tak blisko, jak w dniu jej osiemnastki, nie zaproszona na imprezę, siedząca w pokoju obok. Ciężko jest się przebić ze swoimi staraniami, które wypadają w czyichś oczach blado i niesatysfakcjonujące. I ciężko jest pomagać jak o wszystkim dowiaduję się ostatnia. Ale udaję głupa. Czemu? Bo jestem siostrą.

Choć jojczę i się użalam, siedzę w totalnym bajzlu, w piżamie jak Bulba, to wiem, że rozgonię te chmury, które przesłoniły słońce. Chwile zwątpienia, wątpliwości, zmęczenia, nie są w stanie przesłonić miłości dla tej dwójki, dla której ugotuję dziś obiad.

 

A i sinusoida mego życia wywinduje mnie wreszcie w górę. Taki jej urok. Zmienny.