Rozsypałam się na tysiąc kawałków. Someday.

Someday..

Rozsypałam się na tysiąc kawałków. Powinnam znowu dość niezdarnie się posklejać, ale nie potrafię.

Dzisiaj uciekałam przed coraz bliższym sygnałem karetki. Uciekam przed każdym jej widokiem, dźwiękiem. Bezskutecznie.

Nie mogę uciec przed obrazem twojej twarzy, pełnej entuzjazmu i zachwytu, mojego zdziwienia i nagłej radości, twoich dłoni idealnie pasujących do moich, oświetlonego Rynku i ławeczki na Plantach. Rozświetlonego tysiącem świateł Kopca Krakusa, oplecionego ciepłem twojego oddechu, zapachem nocy, dotykiem gwiazd.. Każda komórka ciała zapisała najdrobniejszy szczegół, jak pliki na twardym dysku. Nie wiem jak je usunąć. Nigdy nie byłam specem komputerowym.

Żadna odległość, żadna ucieczka przed tobą i samą sobą, nie jest w stanie zmienić uczuć. Każda czynność jest wyzwaniem – zaczerpnięciem tlenu, by móc żyć.

Jestem bezsilna wobec tęsknoty. Chcę, by ona ustała. Chcę nic nie czuć. To byłoby wybawienie dla serca, biegnącego ku tobie.

Czas mija. Minuty zamieniają się w godziny, godziny w dni.. Myślałam, że zniknę. Że rozpłynę się jak widmo. Lecz mi się nie udaje. Kiedy już osiągam swój cel, szepczę: „Brakuje mi ciebie.”