Dom budzi się pomalutku do życia. Odkręcona woda w kranie, skrzypienie otwieranych drzwi frontowych, echo kroków odbijających się po posadzce..

Od ponad dwóch godzin wsłuchuję się w najcichsze szmery domostwa i hulającego wiatru na dworze. Od czasu do czasu wpatruję się w maleńką, żywą choinkę, przystrojoną na czerwono, która subtelnie oświetla pokój i nadaje miękkie kontury meblom, nawet tym najbardziej kanciastym.
Teraz ponownie zaległa cisza, przerywana jedynie lekkim pochrapywaniem postaci, otulonej ciepłą kołdrą. Rozczulam się na ten widok, bo wiem jak owa osoba lubi się notorycznie odkrywać.
Jego twarz, śliczny nosek i ciemny zarost na brodzie. Chłonę ten widok i nie mogę się nim nasycić. Fascynujące jest to, że wcale to zajęcie mi się nie nuży, wręcz przeciwnie, dostarcza za każdym razem wiele emocji, stanu euforii, czułości, miłości i pożądania.
Nie mogę się nadziwić, że minęło tyle miesięcy od pierwszego naszego spotkania, z drugiej strony, że to tak niewiele czasu, mając pod uwagę całą wieczność. Jednak dość wystarczająco, by dojrzeć do decyzji, by być razem, by wspólnie zamieszkać.
Jestem szczęśliwa. Wszystko jest tak, jak powinno być. Czasami bywam tym faktem oszołomiona.