Szaleńczo brakuje mi czasu. Kolejny tydzień minął nie wiadomo kiedy. I naprawdę nie wiem, jak te minuty rozciągnąć, by ze wszystkim się wyrobić. Najbardziej brakuje mi czasu na pisanie 🙁

Ponoć każda szacowna Matka Polka wyrabia się ze wszystkim. Jest wielce zorganizowaną istotą, doskonałą kucharką, perfekcyjną gosposią i ma tysiąc zacnych cnót i zalet. Ja niestety nie mieszczę się w przyjętym kanonie. Jestem w ciągłym poślizgu, nie dosoliłam dzisiaj kotletów mielonych, za to przesoliłam pęczak, ale przynajmniej okno w kuchni umyłam w ekspresowym tempie. Nie wiem po co, bo istnieje już na nim widzialny ślad ręki Bulby, potwierdzający jej bytność w tym miejscu. Bestia przysunęła sobie krzesło do okna, wdrapała się na nie i ubrudzonymi paluchami zrobiła maziaje, by swą rodzicielkę doprowadzić do białej gorączki.

A potem pobiegło to dwuletnie cudo, by wspiąć się na zagłówek kanapy, zlecieć z niego na siedzenie, a potem skoczyć jak Małysz w przestwór pokoju. Rzuca się to to na dywan, jak komandos i tarza się w dziwnych konfiguracjach na brudnym dywanie.

Bluba trenuje. Trenuje skoki również ze schodków w mieszkaniu. Z niepokojem patrzę na stolik, na którym dziś dumnie się rozsiadła i nie myślę, wcale nie myślę, jaką skocznię jeszcze wymyśli.

I kiedy mnie ogarnia błogi spokój domowego „zacisza”, okazuje się, że Bulba właśnie eksperymentuje z cieczami. Przelewa wszystko do wszystkiego, rozlewa, maże zapamiętale po stole, krześle, kartce, nie pominie nawet ścian i topi w kubku wszystko oznajmiając donośnym krzykiem, że jej tam niechcący wpadło.

Po ogarnięciu wodnego pobojowiska cieszę się, że dziecko zajęło się spokojnym rysowaniem i wypijam łyk herbaty o smaku.. ogórka! I stwierdzam ze zgrozą, że me cudo dorwało długopis, popisało siebie, rajstopy, ścianę i nową książeczkę.

Czy moje dziecko jest grzeczne? Moje dziecko bywa. Czasami. Przeważa, że nie jest. Wiadomo, że musi się tego nauczyć. Pozwalam jej na pewną swobodę w granicach zdrowego rozsądku, na swobodę testowania mojej cierpliwości. A ona z tego przywileju korzysta nagminnie, sprawdzając, na ile może sobie pozwolić. Zazwyczaj wytyczone granice przekracza, a moja cierpliwość się kończy i mam ochotę ją wysłać wówczas w kosmos. Mój autorytet i stoicyzm ginie w czeluściach bezradności wobec jej słowa: nie.

To jest ciągła walka, by granice utrzymać. By wiedziała jakie zasady panują, stosowne do jej wieku. A ona wówczas wygina się i tarza już po ziemi, wije się jak węgorz, płacze wniebogłosy i wali głową w podłogę. Zazwyczaj taki spektakl urządza w miejscach publicznych, a ja najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Ludzie wokół patrzą na mnie z politowaniem, bo w ich mniemaniu nie umiem poradzić sobie z własnym dzieckiem. Wcale się nie mylą. Gorzej, jak już politowanie zamienia się w dezaprobatę, a ta z kolei na niemy nacisk „uciszenia tego bachora”, a potem podejrzliwe spojrzenia „co ta matka, temu biednemu dziecku zrobiła”. A ja nie pozwoliłam jej się utopić w stawie, gdzie pływały kaczki, do którego ona usilnie chciała wejść.

Zazwyczaj czmycham z zapakowaną do wózka latoroślą. Czasami pozwalam jej na spazmy na ziemi, ale ucinam zapakowaniem do wózka, gdy już drugi raz walnie głową w glebę. Nie tłumaczę jej wówczas niczego, bo takie próby podwajają tylko histerię. Nie mam na takie sytuacje patentu. Jestem w takich momentach bezsilna. I mam poczucie klęski, bo najchętniej dałabym jej wówczas klapsa.

Nie wiem, która porażka jest bardziej dojmująca. Kiedy rozmyślam o klapsie, kiedy wije się histerycznie, czy kiedy grzecznie słucha moich wywodów, tłumaczeń, z kpiącym uśmieszkiem na ustach. Was ist das?

Bunt dwulatka chcę mieć już za sobą.

Kocham Bulbę nad życie. Jest moim wielkim szczęściem i radością. Ale bycie rodzicem to nie same lukrowane laurki i taka łatwa sprawa. A kto śmie twierdzić inaczej, na umyśle nie jest zbytnio zdrowy 😉 Nie uwierzę nikomu, że co najmniej do osiemnastki dziecka nie przeżył ani jednego załamania nerwowego, zwątpienia, rozpaczy, bezradności, wątpliwości, czy chęci wysłania dziecka do dziadków na przynajmniej dwa lata 😉