Whisbear - Szumiący Miś. Kolorystyka koi oko rodzica dziewczynki, po ataku różowego koloru.

Czasami musi minąć sporo czasu, nim się człowiek przekona do pewnych rzeczy. Wyrobione zdanie, opinię, weryfikuje się po długotrwałym procesie zmian, które zachodzą w człowieku. Ten proces występuje w wielu obszarach życia. Dla jednych osób będzie to przekonanie się do sportowego stylu życia, dla innych odkrywanie smaków innej kuchni, a dla innej grupy osób bratanie się z organizacją dnia i poskramianie marnotrawienia czasu. Dla każdego będzie to coś innego.  U mnie ten proces też ma miejsce i dotyczy sfery, której nigdy bym siebie nie podejrzewała.

Kiedy rok temu trzymałam w rękach Whisbear Szumiącego Misia, nie wzbudził we mnie zachwytu. Był ładny, owszem, w szarościach, które podkreślały blogerskie wnętrza, i tyle. Dziwiłam się, że jak taki miś może powodować uwielbienie i chęć jego posiadania przez świeżo upieczonych rodziców. Mej konsternacji nie rozwiała nawet Bulba, która potrzymała misia dwie minuty i bez żalu pozostawiła na pastwę losu na kanapie. Próba wieczorna, by zaznajomiła się z nim bliżej, również spaliła na panewce. Spojrzała się tylko na mnie z politowaniem, że podsunęłam jej coś szumiącego koło głowy. Zdecydowanie mi go wręczyła, przekręciła się na bok i w absolutnej ciszy, zasnęła. A ja misia schowałam, w czeluściach szafki, z myślą, że wypróbuję jego działanie na przyszłym dziedzicu, bo ewidentnie dwuletniej Bulbie, nie przypadł do serca. Nie tylko jej. Mojemu również. Co się takiego stało, że jego zalety doceniłam po tak długim czasie? Wszak wiadomo, że drugiego potomka nie ma w drodze, tylko majaczy gdzieś w perspektywie przyszłości.

Pierwszym krokiem do zmiany nastawienia była wszechobecna obecność postaci z bajek. Czaiły się i atakowały mnie one zewsząd. Na ubraniach, zeszytach, piórnikach, plecakach, kaloszach, spinkach do włosów, zabawkach.. Takiego dobrostanu nie mógł już znieść mój umysł. Zaczął wyszukiwać rzeczy ciekawych i oryginalnych dla udręczonego wzroku. Czegoś, co nie było  wytworem masowej produkcji. Czegoś innego. I tak na wyjeździe w Gdyni,  poczyniłam pierwszy taki zakup dla dziecka – kapelusik w kotwice i wdzięczną Misię w baletowej spódniczce. Nie był to tani zakup, ale biorąc pod uwagę, że kupiłam po raz pierwszy rzecz produkcji handmade, nie roniłam łez. Coś mi się przestawiło w mojej głowie. Doceniłam talent twórcy tych rzeczy, jakość materiału i oryginalność.

Robiąc po kilku miesiącach porządki, w magicznej szafce, gdzie składowałam nowe, ledwo tknięte ręką rzeczy, odkryłam w jej czeluściach Szumiącego Misia. Wzięłam jego ponownie pod lupę. Co mnie urzekło? Desing. Piękny, z umiarem kolorystycznym, gdzie po terrorze dziewczęcym różem i postaci z telewizyjnego ekranu, znalazłam ukojenie. Kształtem, który mnie rozczulił, bo był inspirowany dziecięcymi rysunkami. Materiałem przyjaznym dla ciała, z atestem OEKO-TEX®. I to, że jest szyty ręcznie.

Nie tylko te cechy przekonały mnie do Szumiącego Misia. Dlaczego warto wydać na ten produkt 129 zł?

Jest zbawieniem dla rodziców i niemowląt. Pomaga rodzicom nie wyzionąć ducha w obliczu kolki u maleństwa, a maluszkom daje ukojenie i ułatwia zasypianie. Noworodkom pozwala natomiast uporać się z nadmiarem bodźców, które funduje im nowy, nieznany świat. A wszystko to zasługa urządzenia szumiącego, które przypomina szum wód płodowych i które działa, uwaga, przez 40 minut. Ma regulację głośności i można go w całości, bez problemu wyjąć, kiedy chce się go wyczyścić, co w niektórych zabawkach jest niemożliwe. W końcu ktoś pomyślał o tym aspekcie, wygodzie mam i zniwelował postrach, że uszkodzi na amen elektroniczne urządzenie.

Szeleszczące łapki i uszka misia, wykonane z kontrastowej kolorystyki tkanin, stymuluje rozwój sensoryczny dziecka. Zaś magnesy ukryte w łapkach umożliwiają zamocować misia na łóżeczku, w wózku czy zawiesić na torbie.

Przyjemnością jest również rozpakowywanie Misia. Pięknie zapakowany, z pięknie wydaną instrukcją obsługi. Człowiek czuje się dopieszczony w całym calu. Jak król.

I największy atut produktu – produkowany jest w całości w Polsce, z polskich tkanin ( za wyjątkiem nóżek minky misia – to materiał amerykański), a autorami tego cuda są jakże by inaczej – polskie mamy. Myśl, że wspiera się poprzez zakup rodzimą produkcję, która pięknie się rozwija i doceniana jest nie tylko w naszym kraju, jest przysłowiową wisienką na torcie.

Wiecie, że najchętniej szukam tanich rozwiązań, ale po kilku zakupowych bublach, na przestrzeni trzech lat, doszłam do wniosku, ze lepiej inwestować w jakość. Podliczając złotówki wydane na niewypały, suma przewyższyła kwotę produktów, które chciałam sprezentować dziecku, ale się przed nimi wzbraniałam, bo uważałam, że to za droga przyjemność. Czasami warto poczekać, uzbierać i rozkoszować się użytecznym dziełem, które gwarantuje wysoką klasę i estetyczne doznania. Warto docenić biznes krajowy i kreatywne, przedsiębiorcze osoby, które za tymi produktami stoją.

Przyjemnie się patrzy jak Whisbear Szumiący Miś robi karierę i poszerza asortyment, a my klienci mamy większy wybór. A ja się cieszę, że ten nasz, wyjęty z czeluści szafki ma nowego właściciela, który niedługo przyjdzie na świat.

Whisbear - szumi dokoła.. miś. Szumiący Miś podbija serca rodziców.

Whisbear - Szumiący Miś.Whisbear - Szumiący Miś. Kolorystyka koi oko rodzica dziewczynki, po ataku różowego koloru. Whisbear - Szumiący Miś. Kolorystyka koi oko rodzica dzWhisbear - Szumiący Miś. Tak piękna instrukcja obsługi dopieszcza klienta.Whisbear - Szumiący Miś. Kolorystyka koi oko rodzica dzWhisbear - Szumiący Miś. Staranne wykończenie. Aż trudno uwierzyć, że misie są szyte ręcznie.Whisbear - SzumiWhisbear - Szumiący Miś. Ta marka robi furorę na świecie. Whisbear - Szumiący Miś. Dobre, bo polskie.