towarzyszom niedoli

Pół roku wcześniej.

Każdy poniedziałek jest dniem wyczekiwania. Wyczekiwania i spoglądania nerwowo na telefon. A nuż się odezwą wreszcie z tego szpitala? Każdy poniedziałek jest przygotowywaniem się emocjonalnym do cięcia, do organizacji życia tymczasowego beze mnie. Przy każdym poniedziałku wymiękam. Jestem kłębkiem nerwów. I choć oczami wyobraźni wizualizuję stan szczęśliwości chadzania się po szpitalnych korytarzach, a do stołu operacyjnego uśmiecham się jak do starego kumpla, to nic mi to nie daje. Co poniedziałek panicznie się boję swej śmiertelnej natury. Egzystuję zawieszona w przestrzeni, ze swoimi obawami.

I nadszedł ten dzień, że w końcu po drugiej stronie telefonu, usłyszałam głos lekarza, że z przyjemnością powitają mnie w swych progach. A ja akurat się pochorowałam. Tak więc będę ponownie uwięziona w turbinie nieokiełznanych emocji, czekając w kolejce na termin.

Żywię się ułudną nadzieją, że da się żyć z przepukliną na zawsze. Lecz kiedy patrzę na Bulbę i Przyszłego wiem, że nie mam wyboru. Nie jestem sama.

Miejsce zdarzenia: Warszawa, Szpital Bródnowski.

I powieźli mnie na pierwsze piętro bez lewatywy, a mi się tak chciało kupę. Po raz pierwszy z nerwów jej nie zrobiłam, a zawsze stres odreagowywałam w toalecie. Zastanawiam się, czy w czasie operacji nie doszło do faux pas. Do tej pory żyję w niewiedzy. Może i dobrze.

Na sali przedoperacyjnej ściągnęłam swój niebieski uniform i zostałam przykryta cienkim prześcieradłem. Pani Stasia, lat 87, stwierdziła, że w tych wdziankach lecimy jak Tierieszkowa w kosmos. Coś jest na rzeczy w tym stwierdzeniu.

Wwieziono mnie na salę, a oprócz mnie jeszcze cztery osoby. Zaczęto wszystkich przygotowywać do operacji. Poczułam wkłucie. Nie liczyłam, ile razy coś mi podano. Zajęta byłam opanowywaniem łez. Co pomyślałam o Bulbie, to sypały się gęsto po cienkim przykryciu mojego ciała. A potem.. Usnęłam.

Obudziły mnie intensywne światło jarzeniówek. Ktoś coś  mówił, ale nie wiedziałam co. Dotarło do mnie tylko polecenie, że muszę przenieść się, leżąc, na drugie łóżko. Zrobiłam to. Chyba bolało. Nie wiem. Cały czas zapadałam w sen, a świadomość lawirowała w innym świecie.

Ocknęłam się na swojej sali. Moje towarzyszki niedoli leżały na swoich miejscach. Rana bolała, ale ból był stępiony środkami przeciwbólowymi. Nie miałam drenu, rana była zbyt mała i ominęło mnie jego wyjmowanie, które okazało się być bolesnym doznaniem. Nie miałam cewnika – mój wiek nie kwalifikował do wprowadzenia rurki w pęcherz. Było już po trzynastej. Jedną godzinę spędziłam na sali operacyjnej, kolejne cztery na sali pooperacyjnej.

Tak. Miałam tylko zabieg. Miałam tylko króciutką operację. Była taka błaha, że doprawdy nie wiem czemu miałam znieczulenie ogólne, intubację dotchawiczą, gdzie umieszczono mi tylko rurkę intubacyjną, która przechodziła tylko przez jamę ustną do tchawicy. Po której na szczęście zostałam z zębami na swoim miejscu i miały jedynie zdarte od wewnątrz szkliwo, po której przez jeden dzień bolało mnie gardło. I tak dla picu założono mi elektrody na klatce piersiowej.

Przede mną rozpoczynała się droga pierwszych razów po zabiegu. Pierwszego siku, pierwsze siedzenie, chodzenie, kichnięcie, pierwsza kupa, pierwszy śmiech i okrzyk. Każdy pierwszy raz jest zwalający z nóg. To ból wymieszany z niemocą, bez napędu.

Zanim samodzielnie poszłam do toalety, to musiałam zaznajomić się z basenem. Tylko basenu nikt mi nie podał. Leżąc przy ścianie, gdzie nie było guzika, by móc wezwać pielęgniarkę, trzeba było sobie radzić we własnym zakresie. Osuwając się najbliżej krawędzi łóżka, wyciągając jak najbardziej rękę, wymacywałam nią mego wybawiciela, którego sama sobie podkładałam pod dupsko. Modląc się w duchu, by ducha nie wyzionąć w tej pozycji, by ktoś wszedł na salę i to ustrojstwo spode mnie zabrał. Mając nadzieję, że dzisiejsza zmiana pielęgniarek i salowych będzie litościwa.

Tak.. O pielęgniarkach i salowych można sporo napisać. Na cztery i pół dnia pobytu tylko trzy pielęgniarki wykonywały swoją pracę z pasją, zaangażowaniem i wykazały empatię. Salowe o ludzkim obliczu naliczyłam tylko dwie. Statystyka jest dołująca. Teraz pomnóżcie statystykę przez tygodnie dla osoby, która w szpitalu jest już bardzo długo. Takie osoby boją się prosić o cokolwiek, bo zostają nieusłyszane, zbyte milczeniem, wymownym spojrzeniem „nie zawracaj mi głowy” lub „co znowu”.

Na drugi dzień zwlokłam się z łóżka. Mając za sobą doświadczenie po cesarce bardziej zsunęłam nogi z łóżka i leżąc na boku podparłam się rękoma, by usiąść. Ból jest ogromny, a w głowie latają dżambodżety. Posiedziałam z kilka minut i znowu zaległam na szpitalnym łożu. Po kilku godzinach ponownie spróbowałam. Było już nieco lepiej i podreptałam do toalety. Wiecie jakie to jest zajebista sprawa móc siedzieć na klopie o własnych siłach?! Jaka to satysfakcja i ulga, że nie jest się zależną jednostką?! Bo wiele osób takiego szczęścia nie ma. Nie posiada władzy nad swoim organizmem, nad zwieraczami, nie ma sił, bo choroba wyssała całą witalność z organizmu. I jest straszna ta bezsilność, której się poddajesz, ustępujesz pola. Bezradność wobec kolejnego, padniętego bastionu ciała, którego piętno wyryta zostaje w pokłutej, pergaminowej skórze na dłoni, pełnej siniaków od wenflonu.

Choroba, starość, osamotnienie w bólu, cierpienie, niemoc.. To dodatkowe bonusy pobytu all inclusive w szpitalu. Doświadczyłam ze zdwojoną mocą wizję swej starości. Pomarszczone całe ciało sędziwym wiekiem, bezsilność, bezbronność, nieporadność, wyczerpanie, wyniszczenie organizmu, zależność od innych osób, lęk wymieszany z aprobatą nieuniknionego losu, oddech śmierci na karku. Kruchość mego życia i fakt, że jestem na tym padole tylko gościem, została dotkliwie podkreślona. Całonocne słuchanie jęku osoby cierpiącej, podłączonej do tysiąca kabli, roznoszącego się po całej długości szpitalnego korytarza lub wołanie przez sędziwą staruszkę na pomoc swej matki nie ułatwia zaprzeczenia, że jest się niezniszczalnym.

Wstydzę się swych uczuć, bo na tle całokształtu, ma odraza do mego nowego brzucha, pociętego, zdeformowanego nie ma się nijak do chęci życia pomimo wszystko.  Pozbycie się przepukliny pępkowej nie poprawia samopoczucia, bo kolejna ciąża może ją ponownie powołać do życia. Więc znowu będę żyła z kolejnym wyrazem „może” i „ale”. Stan ducha podupada o myśli podjęcia decyzji: rodzeństwo dla Bulby czy kolejna w perspektywie możliwa operacja. Czuję się jak wtedy na kozetce u lekarza, gdy musiałam podjąć decyzję w jaki sposób będą mnie operować. W minutę zadecydować, czy chcę jeszcze mieć dzieci czy nie.

Płacz nie jest wskazany w szpitalu. Personel tego nie lubi. Tak jakby nie wiedzieli, co mają począć z zapłakanym delikwentem. Jakby nie potrafili pocieszyć, podnieść na duchu i uznać fakt, że to jest normalny objaw strachu i sposób na radzenie sobie ze stresem. Więc krzyczą, że po co ryczysz i na co. A ja ryczę, bo mam do tego prawo. Bo mam jedno życie, córkę do wychowania, plany weselne i tysiąc jeden innych drobiazgów. Ryczę, bo się boję. Ryczę, bo nie wiem, czy wrócę na swoją salę żywa.

Wiecie jak wielkie jest nasze życie? Tyle co dwa worki na śmieci. Taka jest pojemność naszego żywota. Zamknięta w supeł. W plastiku. Tylko to po nas zostaje.

Kiedy odbierałam w depozycie ubrań swoje rzeczy, postawiłam parafkę pomiędzy zgonami. Na jedną kartkę widniało dwóch, trzech szczęśliwców,  którzy wyszli ze szpitala głównym wyjściem. Wyszłam stamtąd zgięta w pół od bólu szwów. Wyszłam namaszczona życiem.

  • Leżałam w szpitalu ponad 3 miesiące. Ponad 10 tygodni robiłam do basenu i byłam myta przez męża w szpitalnym łóżku. Wszystko dla dzieci. Nigdy nie przypuszczałem, że możliwość godnego wysikania się jest tak dla człowieka ważna. Pobyt w szpitalu bardzo zmienia ludzi.

    • Bambosza

      To jest duży dyskomfort, gdy nasze potrzeby fizjologiczne musimy załatwiać w taki, a nie inny sposób. Rozumiem, że wymaga to sytuacja, gdy człowiek jest unieruchomiony przez chorobę. Tu rodzi się pytanie, dlaczego personel, który powinien pomóc, w sposób miły, ludzki jawi się jako zło konieczne i nieprzyjemne. Dlaczego nie dba się o intymność pacjenta, który nie chce być myty przy otwartych drzwiach, a ostatecznie się na to godzi, bo chce być czysty, świeży i mieć pachnącą pościel pomimo krępacji, że tyle osób widziało jego nagie ciało.
      Ja nie miałam problemu, by pomagać mym sędziwym towarzyszkom – myłam im kubki, wycierałam blaty w stolikach, zmieniałam podkłady, podsadzałam baseny, pomagałam zmieniać koszule, nawet kupa nie była mi straszna. Skoro ja jako laik dałam radę, to personel tym bardziej powinien się wykazać.
      Zgadzam się. Szpital zmienia wiele w postrzeganiu świata.

  • Jak ja to znam, ten wstyd, tą nadzieję, że kolejna zmiana będzie bardziej ludzka…
    Zastanawiam się czy nie powinno być badań psychiatrycznych przed przyjęciem do takiej pracy…
    Przytulam Bambosza…

    • Bambosza

      Widzę, że sporo osób to doświadczyło.
      Część osób, która nie ma podejścia do ludzi, chodzi naburmuszona i z miną pracowania za karę, niestety nie powinna przebywać w szpitalnianych murach.
      Mocno tulę kochana 🙂

  • Nienawidze szpitali. Uprzedzona jestem od samego wejścia, chociaż wbrew pozorom jakoś czuję się tam bezpiecznie (ze względu na to że mogą zbadać), ale i obco zarazem. Taki konflikt uczuć.
    Mając 10 lat miałam operację serca. Narkoza, dreny i te sprawy. 2 tyg w szpitalu z innymi dzieciakami. Chorymi na przeróżne rzeczy: wodogłowie, guz mózgu, wady serca wszelakie. Moja była lekka. Ale tego się nie zapomina, co się widziało. Pomiatania przez pielęgniarki tymi, którzy nie mogli zaprotestować (dziewczynka z wadą serca i dość moznym zespołem Downa), toalet bez zamknięcia (ja rozumiem względy bezpieczęństwa, ale nawet dzieci odczuwają wstyd), kilkuosobowych, koedukacyjnych sal, zaniedbań (sama chodziłam z „motylkami” przez kilaa dni, chociaz dawno mi potrzebne nie były.
    Później w szpitalu leżałam jeszcze 2 razy. Raz jako 12-latka- bo wpadłam w szybę, zszywali mi brzuch, ale ten pobyt wspominam nawet miło. I już u siebie w mieście, więc szpital znajomy.
    Kolejny przy porodzie Polki. Któr niestety skończył się cc, z powodu zaniku tętna Małej. Szedł szybko i był spoko, a tu ta nieszczęsna cesarka. Adrenalina tak mi skoczyła jak mnie wieźli na operacyjną w pośpiechu, ze przestałąm czuć skurcze. Teraz w drugiej ciąży jestem ciut rozwiązaniem przerażona: bo drugiej cc bym nie chciała, a poród sn różnie się może skończyć i po tej pierwszej cesarce odbywać. Sama nie wiem czego boję się bardziej i na co mi pozwolą lekarze.
    Życie jest cholernie kruche. Nie tylko starość przeraża, bo umiera coraz więcej młodych ludzi. Odkąd zostałam matką to popadam w hipochondryzm czasem- bo boję się stracić życie, bo mam inne, o które muszę dbać i chcę być z nim jak najdłużej.
    Przepraszam, ze tak bez ładu i skłądu i tak dłigi komentarz, ale Twój post przywołał wspomnienia i lęki.

    • Bambosza

      Nie ważne, że bez składu i ładu:) Myślę, że każdy odczyta przekaz.
      Myślę, że dlatego tak źle wspominamy pobyty w szpitalu, bo przypominają o kruchości życia, dostrzegamy wówczas starość i istnienie różnych chorób, które na co dzień omijamy wielkim łukiem, a także z bólem i nie zawsze fajnym personelem. Uważam, że gdyby osoby tam pracujące były uśmiechnięte, wspierające i kontaktowe to zupełnie inne obrazy byśmy zachowali we wspomnieniach. Może niektóre osoby nie powinny tam pracować, może niektóre są wypalone zawodowo, robią wszystko rutynowo jak roboty. Na tym tracą pracownicy, którzy są znakomici w swoim fachu i ich działalność jest przyćmiona nieprzyjemnymi sytuacjami.
      Ja też się boję kolejnej ciąży, bo też nie wiem jaki będzie koniec finalny. Tylko ja i Ty, i wiele kobiet, które ją miały, mamy przewagę – mamy wiedzę i doświadczenie. Może nie są to najweselsze doznania, ale wiemy z czym będziemy się zmagać, bo już to przeszłyśmy.
      Jestem realistką, stąpam twardo po ziemi, ale wierzę z uporem maniaka, że kiedyś zmienią się realia pobytu w szpitalu – gmachy szpitalne będą milsze dla oka, a personel życzliwy i pomocny dla pacjentów. No w coś wierzyć muszę 😉
      Życzę Tobie udanego porodu i trzymam mocno kciuki, by to był kolejny najpiękniejszy dzień w Twoim życiu 🙂 A kiedy dopadną Cię niepokoje to daj znać. Dodam Ci otuchy i będzie Ci raźniej 🙂

  • Oj Bamboszko, piszesz tak, że normalnie poczułam jakbym tam była. I dobrze, że o tym piszesz, bo to karygodne jest, żeby taka opieka była w szpitalach. Sam pobyt w szpitalu to już przeżycie ekstremalne, ludzkie podejście personelu mogłoby złagodzić choć odrobinę ten nieprzyjemny pobyt. No cóż, dobrze, ze masz to za sobą. Ale wiesz, lubię te Twoje wpisy nasycone emocjami. Oczywiście oby towarzyszyły Ci tylko pozytywne emocje, ale powiem Ci jedno – pisz jak najwiecej, bo jesteś w tym świetna. Tyle na dziś. 🙂

    • Bambosza

      No tak to wygląda, ale napiszę może coś o pozytywach w pobytu szpitalu, bo one też istnieją. Zawsze są one mniej uwydatniane, a są i świetni ludzie w szpitalnych labiryntach korytarzy.
      Mam za sobą, a co mnie czeka w przyszłości, to nie wiem 🙂
      Będę pisać emocjonalnie. Inaczej nie potrafię kochana 🙂

  • znieczulica jest straszna wszędzie. nie tylko w szpitalu. na ulicy, w drzwiach obok – wszędzie. ludzie nie widzą już człowieka, konkretnej osoby tylko kawałek mięsa i kości. zagłuszają w sobie fakt, że ktoś ma swoje unikatowe myśli, uczucia, potrzebuje uwagi i wsparcia. nie wiem skąd to się bierze. siostra po porodzie zemdlała pod prysznicem. pielęgniarka pomogła jej z wielką łaską – jeszcze zła była. a inni pacjenci lepsi? ktoś ukradł siostrze żel pod prysznic.

    • Bambosza

      Słusznie zauważyłaś, że obojętniejemy wobec innych ludzi. Nie jesteśmy ich ciekawi, odgradzamy się od nich, nie jesteśmy otwarci na nawiązanie kontaktu. To sprawia, że kisimy się we własnym hermetycznym świecie, który sobie stworzyliśmy. A bez innych ludzi nasze życie niestety ubożeje.
      Co do pacjentów. Bywają różni.

  • Nienawidze szpitali!! Dla mnie to jest umieralnia..:/
    Podejscie personelu-masakra! I Ci biedni ludzie skazani na humorki salowych..ehh. Odarcie człowieka z godności..
    Mam nadzieje ze nie bedziesz musiała mieć wielu tych zabiegów.

    • Bambosza

      Bywa różnie. Oj bywa!
      Dwie operacje na koncie na razie wystarczą. A co czas przyniesie, to nie wiem 🙂

  • Wiesz, ja tak bardzo nie lubię szpitali, tak bardzo jestem do nich uprzedzona, że płakałam, kiedy pod koniec 8. miesiąca zatrzymali mnie na patologii ciąży. Spędziłam tam tylko 2 dni, a nie moglam przestać płakać. Płakałam też, kiedy po dwóch dobach nie wypisali mnie z Heniem do domu. Mimo tego, że to był piękny szpital, ze wspaniałym personelem – tak bardzo zraziłam się w dzieciństwie, leżąc w innym szpitalu… Doskonale rozumiem, o czym piszesz..

    • Bambosza

      Pierwszy kontakt ze szpitalem ma ogromny wpływ na to jak się czujemy przy kolejnym pobycie w jego murach. Chyba personel medyczny nie zdaje sobie sprawę, że niemiłe wspomnienie może aż tak bardzo rzutować na przyszłość. Powinni naprawdę korygować swoje zachowanie. W szpitalu szukamy pomocy, ratunku, nadziei, wsparcia. Nikt nie wybiera się tam po coś innego.

  • Mi tez tak che wjechać. ma trochę problemow. Tak wyjechać od zapomnienia po prostu. Pozdrawiam serdecznie

    Prawdziwe życie to nie piękne wycieczki! Prawdziwe życie to takie, które \ty opisałaś i masz odwagę o tym pisać. \szczerość czasami bardzo pomaga. I bardzo bym chciał, żeby Tobie pomogła. Bylem dwa razy w szpitalu. Po amputacji nerki i po groźnym wypadku na motorku. W sumie skończyło się dobrze czego serdecznie Tobie życzę. Trochę mi źle idzie pytanie bo mam nowa klawiaturkę.
    Zdrowia życzę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Vojtek

    • Bambosza

      Ale też życie. Tylko wycieczka jest jego przyjemniejszą formą 🙂
      To też masz doświadczenie szpitalne.
      Pomału dobrzeję Vojtku. Idzie ku dobremu.
      Zdrowia dla nas wszystkich 🙂