Ulegam ostatnio rozmemłaniu. To nie lenistwo. To gorsza do strawienia niemoc, rozlewająca się po całym ciele. Jakbym wpadła po uszy w pajęczą sieć i nie mogła się z niej wydostać. Brak energii i chęci do działania jest koszmarem. Może to są rezultaty zawodu i rozczarowania. Mimo iż wszystko rozumiem, mimo iż wszystko układa się w finezyjną całość, doskwiera mi odcisk wyryty w mej duszy. Może lepiej jest żyć w błogiej nieświadomości. I choć wiem, że jest to kompletną bzdurą, łudzę się, że życie w niewiedzy byłoby lepsze. Z tym oświeceniem żyje mi się gorzej. Wiem, że gdyby owe prawdy okazały się w pełnej krasie za lat kilka, mój zawód byłby silniejszy i trudniejszy do przełknięcia. Lecz owy fakt nie poprawia mi wcale nastroju. Może jestem zła o to, że źle oceniłam sprawy, mając niepełne fakty, że może podjęłabym inne decyzje lub nie robiła z siebie idiotki chcąc kupić nowy flakon w Ikei, zużywając przy tym niepotrzebnie aparat mowy, werwę i nerwy. Czuję się oszukana. Po mimo dziennej mantry, że to nieistotne, uwiera mnie to, jak spory kamień w bucie.

Nie jest źle, nie jest całkowicie do dupy, a jednak czuję wewnętrzny rozdźwięk, niosący się jak echo w komórkach macierzystych myśli.

Chęci, by przeć do przodu, są większe po mojej stronie i to doprowadza do niemego wkurwu widocznych dysproporcji. Zaniechanie, uciekanie od tematu, ułatwia mi rozdzielanie spraw na dwie części. Może to i lepsze rozwiązanie, skoro nie ja jestem autorem ambarasu, rzutującym w mych oczach na przyszłość. Czemu mam się martwić, skoro nikt się nie martwi poza mną osobą?

Tak. Już wiem co mnie doprowadza do szału. Brak refleksji, pokory, pokajania się i przyjrzeniu się swym błędom, jawnej spychologii, błędne myślenie, że jakoś to będzie, czekanie nie wiem na co, ustawiczna rozlazłość. To mnie dobija. Moje chęci roztrzaskują się zanim poderwę się do lotu. To dlatego moje silniki odrzutowe szwankują.

Oczywiście to są miałkie problemy podług tych, którzy mają jeszcze większe. Ale nie będę pomniejszać ich rangi, bo one są w mym życiu bardzo istotne. Proszę wybaczyć, że zajmuję tak błahymi duperelami.

Czasami trzeba się wygadać. To przynosi nieraz ulgę. Wystarczy słuchacz przytakujący na każde nasze żachnięcie. Czasami sami wpadamy na genialny pomysł rozwiązania trosk, czasami trzeba nam innego, świeżego spojrzenia na nasz problem. Oczekujemy rady. Ja osobiście wolę ich ostatnio nie udzielać. Nie widzę sensu, by je głosić, gdy rozmówca ewidentnie tego nie chce, nie weźmie mych spostrzeżeń pod uwagę, ma w nosie to, co mówię. W takich momentach sobie daruję, by strzępić język nadaremno. Niektórzy muszą sami dojść do pewnych stwierdzeń krętą drogą, inni chcą być oświeceni mądrością przez światłych ludzi, z tytułem magistra. Każdy ma swoją drogę. Więc proszę nie zadawać mi pytań i oczekiwać porad, jeśli moje zdanie ma się tam, gdzie słońce nie dociera. Często z przykrością stwierdzam, że na ogół rozmówca jest tak na sobie skupiony, że zagadnienie, fakt, refleksja rzeczona przeze mnie przed chwilą, zostanie mi wyjawiona za miesiąc w euforycznej zadyszce słowotoku.. No cóż. Naprawdę? Dlatego nie chcę, by mnie obarczano bezmyślnie swoimi kłopotami. One również rzutują na jakość mojego wygodnego życia, a i mam swoich własnych sporą hałdę.

Wielkimi krokami zbliża się Dzień Ojca. I z tej okazji informuję, że jeśli wychowałeś się w rodzinie, gdzie panował opar alkoholowy, przemoc domowa w wydaniu premium, nie zwlekaj i pójdź na terapię DDA, do psychologa, poszukaj grupy wsparcia, dobrego fachowca od złamanej duszy, nim poczujesz zew jajników, plemników, wabiącego blaskiem kruszcu o próbie 585, zawrzesz znajomość, zakochasz się po uszy, weźmiesz kredyt mieszkaniowy na pół miliona, zamienisz elegancję na szarzyznę zwyczajności, nim dobrowolnie się zniewolisz, bo może nie zdając sobie sprawy, zadasz się z kolejnym oprawcą na kolejne lata. Najpierw ureguluj sprawy rodzinne, poucinaj toksyczne więzi, określ swoje potrzeby, wzmocnij swoje poczucie wartości, wybacz małemu dziecku, którym byłeś, rozwijaj pasje, realizuj marzenia, buduj pewność siebie, bądź niezależny, pozbądź się wstydu, daj sobie szansę na inne, lepsze życie, którego jesteś wart, zaakceptuj to, co było, a nade wszystko nauczyć się nazywać po imieniu to, co cię spotkało. Bez tego nie pójdziesz naprzód. Jest to balast ciągnący na dno przeszłości, który rzuca, w głębinie, cienie na przyszłość. Bez tego nie będziesz mógł cieszyć się z życia, tworzyć poprawnych relacji, odpowiednio postrzegać i odbierać świat, ludzi. Owszem, to nie zagwarantuje całkowitego odcięcia się od tego co było, ale kiedy dopadnie cię przeszłość, a będzie dopadać w najmniej oczekiwanych momentach, będziesz umiał lepiej sobie z nią radzić. Nie spowoduje spazmatycznego płaczu, rozsypki tkanek na czynniki pierwsze, obezwładnienia umysłowego. Zakończ definitywnie niefajny okres w życiu, by wejść w kolejny. To pomoże zminimalizować ryzyko powielenia tego, co było. Pomoże, by życie miało więcej kolorów tęczy. A przeszłość traktuj jako skarbnicę wiedzy, która ma cię uchronić przed manowcami. Po prostu nie zaczynaj od dupy strony, zrób wszystko w odpowiedniej kolejności, by nie powiększyć bagna, w którym tkwisz i z którego tak bardzo chcesz się wydostać.

Cieszę się ogromnie, że moje pierwotne plany edukacyjne spaliły na panewce. Byłam ambitna i chciałam zostać kuratorem sądowym – wzbudzać postrach pośród nikczemnych łotrów. Chciałam mieć władzę i karać wszystkich, którzy popełnili niecne występki wobec swoich dzieci i małżonków. Moją pracę miała cechować stronniczość, faworyzowanie uciśnionych i subiektywna niechęć do podopiecznych. Na szczęście edukacja utknęła w martwym punkcie i wznoszę dziękczynną modlitwę ku niebiosom, bo po tylu latach dotarło do mnie, że nie mam ochoty przez całe życie borykać się, stykać, z wielobarwną w odmianach przemocą. Nie chcę przez resztę lat brodzić w tym paskudztwie po pachy. W tym roku będę miała trzydzieści pięć wiosen. Ileż lat można borykać się ze wspomnieniami, żerującymi na żywym włóknie nerwowym. Ileż? Nie mam ochoty wciąż rozdrapywać zagajone rany, choć będę w nich grzebała mimo woli, bo zawarte są w moim kodzie DNA, bo wrosły we mnie, jak dzikie pnącze w tuję, w mym ogródku, tworząc dożywotnią symbiozę. Nie mam ochoty brać udziału w podobnych historiach innych ludzi. Tak, rozumiem ich. Tak, wierzę im. Tak, pomagam im, jeśli mogę. Ale nie chcę brać udziału w cudzych przedstawieniach. Wystarczy, że brałam udział bardzo długo w swoim własnym. Choć kurtyna opadła na scenę, wiem, że kiedyś może się poderwać do góry, na kolejny efektowny akt. Widzę oczami, jak mój niedołężny, schorowany ojciec, domaga się opieki, alimentów czy innego ustrojstwa od swej pierworodnej pociechy. A ja wtedy zdębiała jego zuchwalstwem, odmawiam. Z chęcią pójdę z tego powodu do więzienia, na koszt podatnika. Po zafundowanym horrorze, uważam, że nic nie jestem jemu dłużna. Taki dzień może kiedyś nadejść. Na taki dzień muszę być przygotowana.

Mam jedno życie. Swoje przeszłam, przeżyłam. Jak na jedno życie, za wiele.

Czas płynie, umyka, a ja rozmemłana, próbuję się wznieść wyżej niż kurz z ulicy przed domem, gościnnie rozsiadający się na mych meblach. Czy pofrunę?