Ostatni dzień października był dniem wyjątkowym. Tego dnia mój blog obchodził urodziny. To 31 października 2008 roku powstał pierwszy wpis na platformie Bloog.pl o wdzięcznej nazwie W pościelowym puchu. Wybrałam infantylną, z perspektywy czasu, domenę o nazwie kiniusowy.bloog.pl. Blog miał bardziej ambitniejszą nazwę  – I Can Only Be Me. A głównym powodem, dla którego zaczęłam pisać było złamane serce. Jakiż banał. Prawda? Sercowe rozterki powodowały, że  byłam nad wyraz płodna w swej twórczości. Nieszczęśliwe zakochanie i tysiąc innych przygnębiających mnie spraw, dawały zaskakujące plony. Oczywiście część rzeczy można by było unicestwić. Są zbyt miałkie i dzisiejszego, oczytanego konesera blogów, by poraziły swym kunsztem. Nie poszłam za wskazówkami Kominka i innych ekspertów. Przecież mogłam wysadzić w powietrze, podobnie jak Wodzu, połowę tekstów. Mogłam zostawić same perełki i zacząć wszystko od nowa w wyselekcjonowanej i estetycznej, pisarskiej finezji. Ale ja nie podążam za tłumem. Bywam czasami sentymentalna. Ale główny powód, który powstrzymał mnie przed wciśnięciem „Delete” była myśl, że dla kolejnej pokoleniowej świty blogerskiej, trzeba zostawić ślad o historii rozwoju blogów, na moim przykładzie. Jestem niejako dziedzictwem narodowym. To dzięki mnie możecie zajrzeć do archaicznych, pamiętnikarskich czasów i żadnych, ku swojemu zdziwieniu, porad jak żyć, przepisów na zupę, organizacji czasu, plannerów, diy, plakatów do pobrania i jakiego tuszu do rzęs używam, nie znajdziecie. Znajdziecie za to stan ducha i umysłu, nie zawsze trzeźwo myślącego, spostrzeżenia, stos melancholii i rozpaczy, tonę rozpraw miłosnych, celebrację błahych epizodów codzienności, które pomimo, że są esencją życia, dziś są synonimem blogowego obciachu.

Moja przeszłość zubożała o masę pięknych komentarzy, drobin otuchy i wsparcia, wspaniałego humoru. Niestety jak przystało na ciemną blondynkę, z niewiedzy i głupoty wrodzonej je unicestwiłam. Ale mam wszystko wyryte w mej pamięci, zawodnej już z racji wieku, lecz niezawodnej w dysku serca. Marzę, że może kiedyś wzbogacą się one o nowe, ale któż by tam czytał, z lenistwa, dzieje minione 😉

Ale może uważny czytelnik powie: „Hola, hola! Była przerwa w nadawaniu!” A ja ze skruchą nie zaprzeczę. Była. I to milczenie wywarł również stan miłosny. Tym razem radosny. Chociaż przyznam, że Przyszły potrafi czasami mnie z tego stanu wytrącić. Tak więc to on stanął mi na drodze dalszego rozwoju. Trochę koloryzuję, by podkręcić atmosferę, rozczarowanych fanów mym zniknięciem. Nie chciałam pisać, bo chciałam zająć się swoim życiem, chłonąć szczęście i się nim napawać. W sumie w tym czasie afonii największym, spektakularnym wydarzeniem i osiągnięciem w moim życiu, była ciąża i jej efekt końcowy w postaci Bulby. Niemniej wówczas, mą nadrzędną potrzebą było zaszycie się w domowych pieleszach. I jakiż to błąd uczyniłam! Równolegle do trendu w show-biznesie, by robić karierę na promieniejącym związku i małym, słodkim bobasie, rozwijał się tenże sam ruch na blogach. Mogłam odnieść wielki sukces i być w panteonie guru blogosfery. Jak wiecie kariery nie zrobiłam, bo się odcięłam od świata wirtualnego i nurzałam się w ognisku domowym. Klepię biedę i jak na dinozaura przystało gram ino ogony.

Czemu wróciłam? Bo chciałam zarabiać miliony. Pominąwszy ten aspekt, który nie wypalił, pozostawał jeszcze jeden. Rzygałam tęczą rodzicielstwa. Mój świat się ograniczył, dziecię wysysało me aspiracje, zawężało pole widzenia, nie tylko z braku snu i perspektywę. By z szaleństwa nie rzucić się w ramiona dwumetrowych pokrzyw, które dokonały ekspansji w mym małym ogródku, wróciłam na salony blogosfery. W dwuletnich, ciążowych ciuchach, z odrostem na głowie, gejzerem na twarzy dojrzałej i dzieckiem uczepionej mej nogi.

Zapewne chcielibyście usłyszeć mą opinię, podsumowanie, porównanie czasów zamierzchłych i tych dzisiejszych blogosfery. Jako przedstawiciel dinozaurów na wymarciu, skorzystam z tego prawa w pełni.

Kiedyś pisano pamiętniki. W tej kwestii bym polemizowała, bo pośród infantylnych, niedojrzałych tekstów była masa wybitnych talentów pisarskich, uzdolnionych osobowości, które zarażały swoimi pasjami, patrzeniem na świat. Ten wirtualny świat stanowili fantastyczni ludzie, mający podobne życie do całej reszty świata, która różniła się delikatnymi detalami. Czemu ta opinia się tak rozpowszechniła? Może dlatego, że dzisiaj nastąpiła komercjalizacja blogów, które stały się dobrym nośnikiem reklamowym. Zarzuca się amatorszczyznę uprawianą w tamtym czasie. Ale czy miernik ilości kampanii i zarobku jest adekwatny? Ja uważam, że nie. Nikt wówczas nie myślał, żeby czerpać profity ze swojej działalności. Kiedyś popyt stanowiły emocje.

W tamtym okresie najważniejsze było pisanie. Nikt nie zajmował swą głowę Seo, tworzeniem zasięgów, pozyskiwaniem nowych czytelników, udzielaniem się na tysiącach forach, zaistnieniem we wszystkich powstających serwisach społecznościowych, regularnością wpisów, pstrykaniem zdjęć wypasionym aparatem nawet jedzenia.. W tym pędzie zaczyna brakować miejsca i czasu na tworzenie wartościowych treści. Skoro tyle rzeczy trzeba wykonać, zrobić, to co powstaje nie zawsze jest wysokich lotów. Rodzi się zapchaj dziura, którą duża część osób wychwala, gloryfikuje. Bzdet totalny wnoszony jest na Olimp. Cycki opadają do pasa.

Jakość doznaje uszczerbku na zdrowiu. Choć i kiedyś się zdarzały i będą się zdarzać w przyszłości, to te ówczesne zniesmaczają, bo duża część powstaje na fali popularności, od niechcenia i bez głębszej  analizy. Niestety takie czasy nastały. Nawet jeśli nie masz nic do powiedzenia, to musisz powiedzieć byle co, aby tempo publikowania postów zachować i zachować statystyki na tym samym poziomie. Kto by się kiedyś przejmował brakiem weny, niechęcią do pisania i miał za złe, że problemy osobiste uniemożliwiają tworzenie. Teraz nawet jakby się umarło, trzeba nadawać z głębi ziemi lub chytrze nastawić publikacje naprzód, nawet po końcu świata. Nie możesz odpocząć człowieku, tylko cały czas stać na warcie w pełnej gotowości bojowej. A kiedyś tak pięknie było. Psychofan czekał cierpliwie, szanował ciszę, a twórca wracał triumfalnie bez żadnego draśnięcia na psychice, że był gdzie indziej. Teraz nikt nie ma odwagi wyjeżdżać ze swojego imperium na dłużej. Dwie minuty nieobecności już są zabójcze dla internetowego istnienia.

Chorej rywalizacji kiedyś nie uświadczyłeś. Teraz jest mocno wyczuwalna. Każdy stanowi konkurencję w biegu po zlecenie, współpracę, zauważenie, dostrzeżenie.. Trzeba sporo się nagimnastykować, by zburzyć mur niechęci i podejrzliwości. Z entuzjazmem odbijasz się od kręgu wzajemnej adoracji, a z ekscytacji zostaje ci limo  na czole. Jeszcze gorzej jest jak się chce uzyskać radę, wskazówkę. Wiedza tajemna jest przeznaczona tylko dla członków zakonu. Na szczęście nie wszystkich ta zaraza dotyka. I dobrze, bo bym się z rozpaczy upiła.

Teraz trzeba bywać face to face. Jak nie bywasz, to nie istniejesz. Jak w Holywood. A nuż ktoś zaproponuje coś ciekawego? Czasami znajomość nabiera rumieńców. Jest katalizatorem dobrej energii, pięknej relacji, ale mitem jest, że wszyscy tworzą radosną, zajebistą rodzinę. Trzeba liczyć się z tym, że ktoś może nas olać mokrym moczem, odwrócić się dupą, bo się nie rozpoznało wybitnej jednostki z kilkutysięcznym poparciem na FB, zostawić samego w połowie konwersacji lub obgadywać siedząc naprzeciwko stołu.

Musisz być bohaterem, robotem wieloczynnościowym, trendy, mieć szarą kanapę w mieszkaniu, białe ściany i grafikę w ramce. Kiedyś nie było takiego obowiązku. Każdy był sobą, a co miał było jego osobistą sprawą. Choć i tak każdy lekko koloryzował swój wizerunek, to w dzisiejszych realiach trzeba to robić nagminnie, regularnie, aż w końcu samemu się uwierzy w swoją boskość, idealizm i zakupi kule dekoracyjne. Broń Boże z Biedronki! No niestety nie da się tak żyć, ani funkcjonować. Wypróbowałam już wszystkie metody. I tak zawsze mam syf w mieszkaniu, wymazane, brudne ściany, ciemne meble i wysłużoną kanapę. Chodzę w wymiętolonym ubraniu po domu, w obciachowych klapkach z odrostem na głowie. Wstaję o różnych porach, moje dziecko również. Co gorsza miewa ono humory i w związku z tym nie jestem w stanie niczego zaplanować. Moje życie podporządkowane jest potrzebom bestii, którą urodziłam, a nie moim ambicjom. Często łamię zasadę poświęceniu całej swej uwagi latorośli, aby cokolwiek wyskrobać na klawiaturze, a potem mam wyrzuty sumienia lub wybucham złością, gdy mnie od niej odciąga. Nie daję rady sfotografować jedzenia będąc w knajpie, bo jestem tak głodna, że go zjadam. Nie bywam na zajebistych eventach, mieście, w pięknych plenerach, bo me dziecko wysysa wszystkie chęci bywania gdziekolwiek. Nie ma mnie na zdjęciach modnie ubraną, bo nie mam modnych ubrań i jadę na resztkach świetności odzieżowej. I nie ma komu zrobić wypasionego zdjęcia mej skromnej osobie w ubogiej stylówie. Czasami siedzę w odrętwieniu, w ciszy. Czasami oglądam beznadziejne programy w internecie, by zresetować mózgownicę i styrane ciało. Używam kilka kosmetyków na krzyż i choć mogę, to mi się nie chce malować paznokci. Nie wstawiam zdjęć na bloga mojego mieszkania, bo najpierw musiałabym zrobić remont w stylu skandynawskim. Lubię ponarzekać i sobie ulżyć zamiast brać udział w tysięcznym wyzwaniu. Jestem zajebista, tryskam humorem, kipię motywacją, rozsiewam wokół wdzięk i wysyłam miłość do świata, ale nie przez dobę i siedem dni w tygodniu. Bo widzicie moi mili żywimy się ułudą, iluzją sprzedawaną na pęczki, która pęka, kiedy uświadamiasz sobie, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Zatem by nie wpaść w pułapkę fatamorgany, warto samodzielnie myśleć, wysnuwać własne wnioski, nie podążać ślepo i bezkrytycznie za fikcją oraz nie popadać w stan rozpaczy, że nie żyje się w utopii.

Kiedyś nikt się nie dołował, rozpaczał, że nie ma fejmu, tysiąca udostępnień, milionowej odsłony, dobrego zdjęcia, współpracy z Orange i zaproszenia na Blog Forum Gdańsk. A teraz ino jęki zawodu, przygnębienie, frustracja, sceptycyzm i zniechęcenie wypełza u większości. Nie przejmujcie się. Nie ma sensu się porównywać do kogoś, kto ma pieniądze, płatny szablon bloga, sztab ludzi, którzy wykonują lwią część pracy, znajomości, wiedzę, doświadczenie zawodowe i kwalifikacje w danej dziedzinie oraz farta. Ja doceniam najbardziej tych, którzy najniższym nakładem, własną pracą i nauką tworzą arcydzieła. Nie dajcie sobie wmówić, że tylko tematyczne, ukierunkowane w daną dziedzinę blogi mogą odnieść sukces. Życie takie nie jest. Jest wielopłaszczyznowe. Nie ulegajcie specyfikacji, klasyfikacji. Róbcie swoje. Jeśli piszecie o wszystkim, to oznacza tylko jedno. Jesteście ludźmi renesansu! Nie podążajcie ślepo za trendami. One niszczą autentyczność.

Wiecie, co najfajniejsze jest w blogowaniu? Wyrażanie siebie w całej okazałości subiektywizmu.

P.S.

Blogosfera jest tak pojemna, że pomieści wszystkich.