urok wiejski

Nie chce mi się już słuchać wywodów, że życie wiejskie jest uciążliwe, upierdliwe i mało atrakcyjne. Często zastanawiam się, jakimi motywami kierują się ci, co obrazują ciężki żywot na wsi. Myślę, że te osoby, gdyby miały tylko możliwość, zamieszkałyby na tej wsi najszybciej, nie bacząc na przeszkody, które uprzednio pieczołowicie wyliczali. Ja wieś lubię. Moim marzeniem jest na niej zamieszkać bądź zaszyć się na resztę życia w małym miasteczku. Chcę, by rytm dnia był spokojniejszy, by jego tempo wyznaczały pory roku, by delektować się zachłannie widokami natury, by wsłuchiwać się w buzującą życiem ciszę, by celebrować niedziele, by się cieszyć drobiazgami. Życie wielkomiejskie skutecznie potrafi pomniejszyć rytuały codzienności i zdewaluować ich znaczenie. To w wielkim mieście brakuje mi uroczystych niedziel, obrzędowości, cieszenia się ze wspólnie spędzonych chwil, życia płynącego wolniej, celebracji i pielęgnacji przyjaźni, miłości. W neonach wielkich miast, pomiędzy galerią sklepową, a pędem za rozwojem i sukcesem, ucieka nam radość z życia. Zapętlamy się w błędne koło, pomnażamy dobra materialne, poszerzamy horyzonty, powierzchowne znajomości, które nie potrafią zapełnić uczucia pustki w naszym sercu. W pędzie tracimy z oczu relacje i prostotę życia. A to, oprócz zdrowia, najważniejsze składowe szczęśliwego życia.

Dlaczego ciągnie mnie na wieś? Mam tutaj pod dostatkiem świeżego, czystego powietrza. Rześkie o poranku, cięższe od gorącego słońca w południe, pachnące wieczorami skoszoną łąką. Wdycham je z radością. W stolicy takiego powietrza nie uświadczysz. Jest pełne spalin i unoszącego się kurzu, kiszące się między betonem, asfaltem i wszechobecnym szkłem.

Ciszę. Poranna z świergotem ptaków, gdakających kur i muczących krów u sąsiadów. Wieczorna z cykaniem koników polnych, przelatującego samolotu. Czasami ciszę burzy słowotok rodzinny, pisk dzieci, kłótnia sąsiadów na podwórzu, ale mam ciszę bez hałaśliwej, uciążliwej dla mego stanu ducha, zmasowanej kakofonii miasta. I nikt mi nie odpala pod oknami motocykla.

Żywność. Swojskie, ekologiczne w stu procentach. Mimo, że przy nich trzeba sporo się napracować, to naprawdę warto, bo rezultaty są wspaniałe. Nie trzeba kupować warzyw i owoców na bazarze. Nie trzeba kupować weków w sklepie, bo ma się własne, przygotowane na zimę. Odchodzi nam spora część ponoszonych wydatków w budżecie. Takimi smakowitościami możemy obdarować rodzinę, znajomych w formie prezentów. Nie głowimy się, czy plony są rzeczywiście bez chemii, bo to my sprawowaliśmy pieczę nad ich produkcją.

Praca w ogrodzie, warzywniaku, sadzie i obejściu domu dostarcza nam dużą dawkę ruchu. W połączeniu ze świeżym powietrzem, daje nam witaminową bombę dla organizmu o każdej porze roku. Zawsze jest coś do roboty. Praca fizyczna dla ciała jest zbawienna – utrzymuje je w dobrej kondycji, nie jest gnuśne, zasiedziałe i rozleniwione. Jest panaceum dla umysłu i stanu ducha. Podsuwa najlepsze rozwiązania problemów, umniejsza ich wielkość, skłania do akceptacji prawdy i szczerości wobec siebie. Do ruchu zaliczam również wędrówki po zakupy do sklepu, oddalonego zazwyczaj kawał drogi. Atutem tych spacerów jest to, że skłaniają człowieka ku minimalizmowi. Zapędy konsumpcyjne są bardzo ograniczone. Kupuje się najpotrzebniejsze produkty, bo trzeba je dostarczyć osobiście do domu. Ja nie daję rady taszczyć Bulby i olbrzymich zakupów równocześnie, krocząc nierówną łąką. Innym aspektem jest to, że nawet jak się człek uprze, by wydać pieniądze, to niestety nie ma gdzie. Wszystkie centra handlowe i miejsca rozrywki są oddalone. Wieś jest doskonałym miejscem, by bez problemów pomnażać oszczędności. Jest idealnym terenem, by nie kupować pierdyliard konsumpcyjnych pierdół i sprzyja refleksji, że potrafimy w naszej codzienności obejść się bez wielu rzeczy, które wcześniej wydawały się nam niezbędne.

Lokalizacja ma wpływ na to, że co do okruszka zużywa się całe jedzenie. Jak wiecie w stolicy mam z tym duży problem, natomiast tutaj na wsi, ten problem nie istnieje. Oddalony sklep, sprzyja nie marnowaniu żywności i wyjadaniu zapasów całkowicie. W mieście zapasy nigdy nie znikają, wręcz odwrotnie – nieadekwatnie do potrzeb jest ich zawsze więcej. To mi się podoba.

Kreatywność. Jest na najwyższych obrotach. Bulba biega z witką wierzbową, którą potrafi się bawić przez godzinę. Podobnie jest ze  wstążką, deską, patykiem, kamieniem, liśćmi.. To te zabawki wzbudzają w niej największy entuzjazm i zaciekawienie. Wymyśla nimi najprzedniejszą zabawę w rytm piosenki: ” Bo fantazja, bo fantazja  jest od tego, aby bawić się, aby bawić się na całego”. Na jej twarzy nie maluje się nuda. To wszystko powoduje, że moje dziecko staje się coraz bardziej samodzielne. I choć potrafi ciągle za mną chodzić krok w krok, to zauważam, że potrafi bez mojej obecności i pomocy bawić się sama, penetrować okolice domu. Te chwile bardzo mnie cieszą i napawają dumą. Widzę jak moje dziecko dorasta i staje się niezależną jednostką.

Podwórko za oknem. To jest najwspanialsze cudo na wsi. Nie trzeba ubierać w najmodniejsze trendy dziecię i iść kawał drogi na plac zabaw. Na wsi Bulba nie musi czekać, aż pewne obowiązki się wykona, by wyjść z domu, jak to bywa w Warszawie. Na wsi, wychodząc z domu, może się bawić od razu. A ja mogę w tym czasie coś ugotować, posprzątać i porobić inne przyziemne czynności. Moje dziecko ma możliwość jedzenia posiłków na świeżym powietrzu, czy ucięcia sobie popołudniowej drzemki na hamaku. Z tych przywilejów równie chętnie korzystam z Przyszłym.

Kontakt z przyrodą. W stolicy Bulba ma mały kontakt z naturą. Podziwia drzewa i trawniki, kwiatki na klombach, kota przed bramą u sąsiadów. Na wsi może biegać boso po trawie, a ja nie martwię się, że wejdzie w psią kupę. Tutaj może zobaczyć jak rośnie zboże, może urwać kwiatki na łące, zbierać kasztany przed domem, jeść maliny prosto z krzaka. Z ciekawością ogląda krowy i ze smakiem pije ich mleko, pachnące słońcem i zieloną łąką. Biega za kurami i szuka razem z babcią jaj, które zniosły. To tutaj widzi zależność człowieka od zwierząt, roślin, zdobywa wiedzę skąd się czerpie produkty do jedzenia. A ja się cieszę, że z szacunkiem będzie się odnosić do przyrody, bez której nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Cieszę się, że ten kontakt wzbogaci ją duchowo i uwrażliwi.

Telewizor w trybie Off. Na wsi telewizor jest przez większość czasu wyłączony. Bulba nie domaga się, by go włączyć zaraz po przebudzeniu się, kładząc na moją głowę piloty. Na wsi ma tyle ciekawszych zajęć, że nie sterczy przed ekranem. Ogląda przed snem bajkę lub puszczam jej „Świnki trzy” w komputerze. A błogostanem jest to, że nie ma tu kanałów całodobowych dla dzieci, które w mieście są dla mnie przekleństwem, utrapieniem i punktem zapalnym konfliktu na linii matka – córka.

Robienie tego, co się chce i za co inni muszą płacić grube pieniądze. Można latać nawet nago po swoim obejściu, jeśli się chce i nie obraża to uczuć sąsiadów mieszkających obok. Można nawet zrobić grilla o trzeciej nad ranem. Można głośno słuchać muzyki nie drżąc w panice, że zaraz przyjdzie, oburzona hałasem, sąsiadka, czy wydzierać się wniebogłosy. Można zrobić uroczystość rodzinną we własnym domostwie, nie płacąc złotówki za wynajem lokalu. Można delektować się naturą, spokojem i dobrym żarłem codziennie, za które inni ludzie muszą płacić grube pieniądze. Można się czuć jak na wiecznych wakacjach.

Widzę same plusy mieszkania na wsi. Nie straszne są mi mroźne zimy, koszenie trawnika, brodzenie w śniegu po pas, czy owady, których nie lubię, ani gryzonie, których się boję. Mogę raz na tydzień pojechać na zakupy do miasta. To całkowicie mi wystarcza. Brak kulturalnego zaplecza i wachlarzu imprez nie będzie mi doskwierał, bo i tak nie mam czasu, by z nich korzystać w pełni w Warszawie. Za znajomymi też nie będę płakać. Widuję się z nimi rzadko.

Wieś mnie kusi. Widzę jej walory i dobroczynny wpływ na me dziecko. Odnajduję się na niej i pomimo, że jest tu kiepski internet, chcę tu zamieszkać.

Mnie miasto już nie nęci. Nie mam osiemnastu lat i wypieków na twarzy myśląc o wielkim świecie. Nie kuszą mnie jego obietnice. To, co kiedyś mnie fascynowało jest teraz mało atrakcyjne. Obecnie mam zupełnie inne priorytety.

Czy Przyszły kiedykolwiek przystanie na realizację mego pragnienia?

A kiedy zatęsknię za miastem, podróżą w nieznane mi miejsce, wsiądę w autobus lub auto. Mam to szczęście żyć w czasach, że oprócz portfela, czasu i dziecka, nic mnie nie ogranicza.

20150628_091556

20150702_111032

20150702_121422

20150713_104840

20150717_115457

20150716_192220

20150718_121945

20150718_183632