a Walenty na to

Luty jest miesiącem refleksji, po świątecznych zakupach i styczniowym szale przecen w sklepach. To miesiąc refleksji w obliczu nadszarpniętego budżetu domowego, pustki w portfelach, obciętych godzinach w pracy i przymusowych urlopów. A sprzedawcy niestrudzenie, pomimo rozpaczy w polskich domach, napędzają podaż i popyt. Napędzają Walentynkami.

W dużym mieście.

Wabią sercami, czerwienią i napisami „I Love You”, w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego, na stacji benzynowej i w drogerii. Miłość wystawiona na sprzedaż  z metką, ceną i kodem artykułu.

A ty lecisz, jak ćma do światła, by spłonąć w jego blasku. Przypominasz sobie, w pogoni życia, że istnieje miłość. W pędzie kupujesz miłość z wystawy, nie oglądając się na sumę, by zagłuszyć odczucie przegranej i tęsknoty za utraconym szczęściem. W maratonie po sukces, nawet nie zauważyłeś, że raj dawno temu przestał istnieć.

W małym miasteczku.

Jeszcze trzeba opłacić rachunki za telefon. Niewiele szaleństw będzie w tym miesiącu. Terapia najmłodszego dziecka pochłonęła sporo pieniędzy. A jutro są Walentynki. Miło byłoby je spędzić tylko we dwoje, beztrosko, bez dzieci. Ale niestety nie ma na to szans. Ach! Czy to jest najważniejsze? Wyjście we dwoje, skoro mamy to szczęście, że jesteśmy razem, kochamy się wzajemnie i mamy dwoje wspaniałych dzieci? Upiekę jutro szarlotkę. Cóż więcej nam trzeba?

Na prowincji i w wielkiej metropolii.

Nie mogę patrzeć na to! Wszędzie te przeklęta serducha! Lukrowane, w czekoladzie, z kwiatków i materiału! Można oszaleć! Kto wymyślił to durne święto? Święto dla zakochanych?! Czy muszą mi wszyscy masowo przypominać, że jestem sama? Sama i nieszczęśliwa! Muszą przypominać o poranionym mym sercu? Ta pokazówa i manifestacja uczuć jest niskich lotów. Żałośni durnie! Jarają się wytworzoną sztuczną ideą.

Ale gdyby.. On był. Obok mnie. Poszlibyśmy na spacer do parku, a ja w dłoni niosłabym bukiet czerwonych róż. Byłoby cudownie i cały świat o tym, by wiedział.

 

A Walenty na to: Ooo!!