Wojuję. Z instytucjami. Kupię miecz i jak nim zacznę wywijać, to poza pogorzeliskiem nic nie pozostanie.

To potwierdza regułę, że absurd, niekompetencja, opieszałość, niechęć do interesanta jest pożywką dla osobników za biurkiem, obłożonym tonem papierzysków, podkreślający znoje, trudy w pocie czoła, ich ciężkiej pracy. Czy tylko ja mam do czynienia z premedytacyjną ściemą?
Po chodzeniu od drzwi do drzwi, wykręcaniu numerów w telefonie, jawię się już jako wrzód na dupie. I chociaż tyle mam satysfakcji.
Powiew wiosny, działa pobudzająco na wydobywanie zapasów siły do walki, szalonej euforii na widok naćkanych, osaczających kup, jęku z organizmu na widok własnego organizmu, planów urlopowych, chęci do szaleństwa, latania w chmurach i zadziwiającego optymizmu. Siłą napędową są rozćwierkane ptaszęta, lecz również zawzięty upór wyrażający się słowami piosenki: „nie damy się, nie damy się!”
Śpiewam sobie niepokonany hicior z mazurskiego klubu: „coco jumbo i do przodu”, jakbym się nawąchała maków i na zupełnym lajcie, mam wyłożone na stopnie trudności do pokonania. A kiedy trzeba zaaplikuję, na znieczulenie, ziołowego procha, by usnąć jak kłoda, mając wszystko głęboko w nosie.
Lubię swoje i tylko swoje przeprowadzki. Doszłam w tej materii do perfekcji. Przeprowadzka mojej siostry i moje aktywne uczestnictwo w tym przedsięwzięciu sprawiło, że cudzych przeprowadzek nie lubię. Byłam po niej skonana niemiłosiernie. A kręcenie się w kółko, doprowadzało mnie do obezwładniającej furii.
Ukończyłam kurs animatora czasu wolnego, a przede mną ogrom nauki, by dostać się na studia. Perspektywa ta, nie mam na myśli procesu uczenia się, dostarcza mi lekkie podniecenie i ogromnego stracha. Nie wiem, czy sobie poradzę. Pomijając aspekt finansowy, nie wiem, czy będę umiała się wdrożyć w machinę zajęć, zaliczeń, od której odwykłam. Może nie będzie najgorzej.
Niestety podejrzewam siebie o lenistwo. Nie wiem, jak go wytępić. Jest gorsze niż perz w ogródku. Samodyscyplina gdzieś się ulotniła. I mam pewne wątpliwości, czy ja z czasów harcerstwa i ja z czasów dzisiejszych, to ta sama osoba? Kiedyś miałam ochotę i czas na wszystko, a teraz z trudem wykrzesuję zapał. Kiedy się doprowadziłam do stanu ruiny? Brakuje mi kiedyśnej siebie. Powinnam się odnowić, najchętniej w klinice odnowy biologicznej lub w spa.
Zatęskniłam również za kobiecością. Wydobywam z komody ubrania, które ją podkreślają. Czas żałoby już minął. Chcę się czuć pięknie i zakładam sukienki. Nic zjawiskowego, ale czuję się wyśmienicie. Rozpieszczam siebie drobnymi drobiazgami, jak kąpiel w pianie, mimo iż wolę prysznic.
I zaczęłam chodzić na randki. Ich atrakcyjność polega na tym, że buduję swoją pewność, która ostatnimi czasy, gdzieś się zapodziała. Nie pomijając faktu, iż miło naprawdę spędzam czas. A szczególnym walorem jest doza swobody i dziwnej wolności wyzwalanej przy okazji. I to mi się cholernie podoba. Ten stan.