Miło jest odwiedzić rodzinę, którą dawno się nie widziało. Miło jest zresetować się nad wodą. Wiecie, że ją uwielbiam. Wielkich akwenów wodnych zawsze mi brakuje w stolicy. Tęsknoty za jeziorami, czy morzem nie pojmuje do końca Przyszły. Rodowity Warszawiak, urodzony i wychowany w samym centrum  miasta. A ja duszę się, coraz mniej wprawdzie, między betonem i asfaltem, wieżowcami i galeriami, specyficzną architekturą i banerami reklamowymi. Tutaj nie czuję zapachu bryzy morskiej, czy specyficznej woni unoszącej się od jeziora niesionego przez wiatr. Nie rozsmakuję się bezkresną dalą, wszędobylskim piaskiem, lasem ze strzelistymi, dostojnymi sosnami, szuwarami, czy rechotem żab.

Tyle lat minęło, a ja nadal z mozołem staram się polubić to miasto, które jest dla mnie najładniejsze tylko na zdjęciach i ujęciach filmowych.

Przyszły rozciąga wizję życia miejskiego. Tętniącego, pełnego energii, wielkich możliwości, dostępności do ciekawych wydarzeń i dóbr, a przede wszystkim bogatej oferty na rynku pracy. Na nic zda się ten cały entourage, gdy się z niego zupełnie nie korzysta. Równie dobrze mogłabym mieszkać w dzikiej puszczy.

Wcześniej nie miałam czasu, by korzystać z tych zasobów, teraz gdy go mam, jestem zbyt padnięta, by gdziekolwiek wychodzić lub wolę środki wydać na coś innego. Poza tym nie muszę wtedy kombinować, komu córę podrzucić na ten czas. I nie ma co się oszukiwać, czasami więcej energii poświęcam, by zmusić Przyszłego do aktywności, który jest zagorzałym domatorem i woli spędzić czas w czterech ścianach. Wyjątkiem bywa, o przepraszam najmocniej, bywało kino. Po ględzeniu, produkowaniu się, wołaniu o pomstę do nieba, siadam wypompowana na kanapę. Dobrze, że jest zwolennikiem spacerów, (bliskich, w promilu dwóch kilometrów od domu), bo byśmy się na owej kanapie zasiedziali na amen.

Dlatego trudno pojąć moją ułańską fantazję mieszkania bodaj w dziupli, w spokojnej okolicy, z daleka od przytłaczającego, wszędobylskiego kurzu, hałasu miejskiej kakofonii, dziupli z widokiem na żywą, soczystą zieleń i aromatem codziennego, rześkiego powietrza.

Skończę w stolicy. Wszystkie znaki na niebie na to wskazują.

Żywię się wizjami późnej starości w dzikich ostępach, w starej chacie, z przyrodą za drzwiami.

Nie jestem ociemniałą osobą. Widzę perspektywy i możliwości jakie daje życie w dużej aglomeracji. Ale ważniejsze jest to czego pragnę, co czuję, co bardziej cenię i co jest bliskie memu sercu.

Przez pewien czas, nie mogłam wyobrazić sobie życia w małej pipidówie. Porównując życie w Krakowie, w stolicy, w Kempen, czy w Orzyszu dochodzę do wniosku, że owo życie wygląda tak samo. W każdej szerokości geograficznej chodzi się do pracy, uczy się, załatwia sprawy urzędowe, stoi w kolejce do lekarza, widuje się ze znajomymi, bierze się udział w wydarzeniach kulturalnych, wychowuje dzieci, spiera się z mężem, gotuje się obiad. Proza życia, bolączki, radości, smutki, szczęście smakują wszędzie tak samo.

Bez względu na położenie, umiejscowienie, od nas zależy jaką jakość nadamy codzienności, jaki kształt i wymiar nadamy naszemu życiu. Dlatego wolę być niż mieć. Wolę pogapić się w przestrzeń bez celu, niż pójść do muzeum. Wolę jechać krętymi drogami do innej miejscowości, mając piękne widoki, niż jazdę w ścisku, w komunikacji miejskiej. Wolę spędzić czas z dzieckiem nad jeziorem, niż w sali zabaw. Wolę pójść do koleżanki bez zapowiedzi na herbatę, niż umawianie się roczne na kawę w kawiarni. Wolę umiar niż rozdmuchane pragnienia. Wolę prostotę, niż luksus. Wolę rozmowę z przyjaciółką przy stole kuchennym, niż rozmowę z nią przez telefon. Wolę iść pomału niż biec obłąkańczo wszędzie. Wolę mieć czas dla bliskich mi osób, niż go nie mieć na nic. Wolę porządnie coś zrobić, niż wykonać po łebkach. Wolę..

Kiedyś w rozmowie, ktoś stwierdził, że mała miejscowość ma niewiele do zaoferowania. W takim mikroświecie panuje marazm, nuda, brak możliwości i perspektyw, brak ambicji, zacofanie myślowe. Ja tak nie uważam. Nawet w małych miasteczkach, czy wsiach można osiągnąć wiele, znaleźć wielką miłość, wybić się ponad przeciętność, zdobyć sławę, robić coś wyjątkowego, czy spełnić swoje marzenia. Miejsce zamieszkania nie determinuje braku realizacji pragnień i celów. Można mieszkać w Nowym Jorku i nie mieć na koncie żadnego dorobku i sukcesu. Najczęściej się gna i szuka czegoś w wielkim świecie, a i w tym małym można triumfować na wielu płaszczyznach życia. Stan szczęścia, dobrostanu, powodzenia można mieć wszędzie, bo zależy jedynie od nas.

Czasami, o ironio, żyje się lepiej w Zapyziowie Małym. Jest się bardziej kreatywnym, ma się większą determinację. Duże city często rozleniwiają człowieka i wygłuszają przebojowy hart ducha. I wiem co mówię. Pensji z Mikołajek nigdy nie osiągnęłam w stolicy.

Istotne jest to, by żyć i funkcjonować w miejscu dla nas jak najlepszym. W miejscu, które lubimy, dobrze się czujemy i z którym się identyfikujemy.

Ja postaram się polubić Warszawę ociupinkę bardziej. Nie wiadomo, ile czasu mi przyjdzie tu mieszkać. Czasami trzeba polubić to, co się ma. Tym bardziej, gdy całokształt jest na plusie.

A dla tych spragnionych wielkiej wody, na otarcie łez, funduję kilka zdjęć.

Mazury 2008 (3)

wakacje 2008 i dancing u Jasińskich 041

urlaub 2008 014

018

Ustka

Ustka i Słupsk 2008 069